| Kościół niezłomny: "Nie wejdziecie, chyba po trupach" |
|
wiara dnia grudzień 20 2009 22:18:26
|
S. Maria Aleksandrowicz (1913-1985), salezjanka
Podstawowym rysem charyzmatu salezjanek jest wychowanie chrześcijańskie dzieci i młodzieży zgodnie z metodą św. Jana Bosco zwaną systemem prewencyjnym. W Polsce salezjanki są obecne od 1922 r., zaś w Łodzi od roku 1930. Prowadziły m.in. przedszkola, roczne kursy kroju i szycia, średnie szkoły zawodowe i ogólnokształcące, oratoria, stowarzyszenia młodzieżowe, duszpasterstwo indywidualne i organizacje dla dorosłych, kolonie letnie oraz kuchnie dla bezrobotnych, które w okresie PRL były sukcesywnie likwidowane przez władze komunistyczne. W tych bolesnych czasach przyszło żyć i działać siostrze Marii.
Maria Aleksandrowicz urodziła się
1 stycznia 1913 r. w Bogołolu koło Irkucka na Syberii. Była córką Tomasza i Zofii z Kuryków Aleksandrowicz, którzy na skutek represji politycznych znaleźli się w tym odległym zakątku Rosji. W 1922 r. cała rodzina powróciła do Polski i osiedliła się w Wilnie. Dwa lata po ukończeniu Szkoły Przemysłowo-Handlowej w Wilnie Maria została przyjęta do Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki (6 stycznia 1934 r.). Po odbyciu formacji zakonnej w Wilnie i Różanymstoku 5 sierpnia 1938 r. złożyła profesję zakonną.
We wrześniu 1938 r. rozpoczęła pracę w Żeńskiej Szkole Krawiecko-Bieliźniarskiej Sióstr Salezjanek w Łodzi jako instruktor kroju i szycia. Tu zastał ją wybuch II wojny światowej. Udała się następnie do Laurowa na Wileńszczyźnie, gdzie do 1940 r. pełniła obowiązki asystenta postulatu, a później asystenta w zakładzie wychowawczym dla chłopców. Pracowała tam z przerwami do kwietnia 1945 roku. W okresach przerw powodowanych trudnościami ze strony litewskich władz przebywała w domu rodzinnym.
Po zakończeniu II wojny światowej została skierowana do Lutomierska, gdzie wraz z innymi siostrami prowadziła kurs krawiecki, a także oratorium. Jej działalność została bardzo pozytywnie oceniona przez okręgowego wizytatora szkół miasta Łodzi w sprawozdaniu powizytacyjnym z 21 marca 1946 roku. Kolejnym miejscem pracy s. Marii był Różanystok, gdzie w latach 1947-1950 pełniła obowiązki dyrektora. W roku 1950 przełożeni skierowali ją do domu inspektorialnego w Łodzi na stanowisko dyrektora.
W obronie dzieł salezjanek w Łodzi
W łódzkim domu salezjanek przy ul. Franciszkańskiej 85 s. Marii przyszło się zmierzyć z wieloma odpowiedzialnymi zadaniami. Oprócz tego, że dbała o formację zakonną i katechetyczną sióstr mieszkających we wspólnocie, to najważniejszym jej obowiązkiem była obrona dzieł prowadzonych przez łódzkie salezjanki. Zadanie to było niezmiernie trudne, zważywszy na fakt, że był to okres wzmożonych prześladowań placówek oświatowo-wychowawczych prowadzonych przez osoby prywatne, a w szczególności przez zgromadzenia zakonne.
W efekcie podjętej przez władze ofensywy do 1950 r. zostały zlikwidowane prowadzone przez łódzkie salezjanki "Ochronka Bałucka" oraz sodalicja i oratorium. Siostry rozpoczęły bohaterski bój o utrzymanie przedszkola oraz szkoły. W obronie tych placówek pierwszoplanową rolę odegrała właśnie dyrektor łódzkiej wspólnoty zakonnej s. Maria Aleksandrowicz.
Pierwszym i najpoważniejszym "grzechem" sióstr salezjanek w oczach administracji państwowej było niepodporządkowanie przedszkola powołanemu w 1950 r. Zrzeszeniu Katolików - Caritas. Siostra Maria wraz z kierownik przedszkola s. Eleonorą Król strzegły pełnej niezależności placówki od władzy ludowej i jej agend. Dyrektywa Episkopatu dla zgromadzeń zakonnych w sprawie narzucanej współpracy z Caritas pozostawiała decyzję prowadzącym te placówki, jednocześnie przestrzegając o możliwości "utraty nieruchomości przez upaństwowienie". Późniejsze wydarzenia potwierdziły obawy zawarte w zaleceniu Episkopatu.
Realizując wytyczne Urzędu ds. Wyznań w Warszawie ze stycznia 1951 r., władze przystąpiły do przejmowania przedszkoli prowadzonych przez zakony żeńskie. Przejmując je, zamierzano posłużyć się porozumieniem Episkopatu z rządem zawartym 14 kwietnia 1950 r., pkt 1 protokołu wspólnej komisji rządu i Episkopatu. Jednocześnie próbowano zrzucić winę za ten stan rzeczy na siostry, tłumacząc się brakiem funduszy państwowych dla przedszkoli kościelnych niepodporządkowanych ZK Caritas, przez co "dzieci robotnicze [...] są pokrzywdzone, gdyż nie otrzymują tego, co im się ustawowo należy". Chciano również przeciągnąć na stronę władz członków komitetu rodzicielskiego przedszkola, jednak zorganizowana konferencja nie dała pozytywnych efektów, gdyż jego członkowie - w opinii terenowych władz - byli "pod wpływem sióstr".
Tuż przed ostateczną likwidacją władze szkolne, chcąc w ten sposób zadbać o pozory legalności decyzji, przeprowadziły 22 lutego 1952 r. wizytację przedszkola, której rzeczywistym celem było znalezienie uchybień mogących w przyszłości posłużyć jako argument do zamknięcia placówki. Wszystkie wyniki kontroli, z wyjątkiem poziomu higieniczno-sanitarnego, zostały ocenione negatywnie - poczynając od warunków lokalowych, poprzez poziom dożywiania, fundusze, a na dokumentacji kończąc. O "wiarygodności" tego sprawozdania może świadczyć chociażby sposób uzasadnienia jednego z zarzutów: "Poziom dożywiania nie jest zadowalający. Jadłospis mało urozmaicony".
Wydział Oświaty Prezydium Rady Narodowej miasta Łodzi (PRN m. Łodzi) przystąpił do upaństwowienia przedszkola. 10 marca 1952 r. do domu zakonnego salezjanek przy ul. Franciszkańskiej 85 wkroczyła pięcioosobowa komisja. Na wstępie okazano siostrom Marii i Eleonorze delegację oraz tajne pismo Ministerstwa Oświaty upoważniające do przejęcia przedszkola. Siostry pozostały jednak nieugięte. Nie dopuszczając do przejęcia, stwierdziły, że pismo nie upoważnia komisji do upaństwowienia placówki. Zażądały również bezpośrednio skierowanego do nich pisma z ministerstwa. Szczególną postawą - określoną przez członków komisji jako wrogą - wykazała się s. Maria, która po zamknięciu lokali zajmowanych przez przedszkole zwróciła się do przedstawicieli władz: "Nie wejdziecie, chyba po trupach". Postawy sióstr nie złamała nawet groźba przybycia funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, na którą zareagowały ironicznie słowami: "Proszę bardzo". Rezultatu nie przyniosła też interwencja funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej z XIII komisariatu oraz przybyłych funkcjonariuszy UB, którym udało się jedynie uzyskać zgodę na wpuszczenie dwóch pracownic, które "będą stopniowo przejmowały i zapoznawały się z warunkami i dziećmi w przedszkolu do chwili załatwienia tej sprawy przez siostrę prowincjonalną z ministerstwem". Na ich decyzję nie wpłynęło również przywiezione pismo zastępcy przewodniczącego PRN m. Łodzi Edmunda Bugajskiego wzywające siostry do natychmiastowego przekazania przedszkola na rzecz państwa. Uznały je za niewystarczające, domagając się przy tym zwłoki i uzasadnienia żądania. Członkom komisji udało się jedynie spisać majątek ruchomy znajdujący się w salach zajęć i szatniach. Nie zostali natomiast wpuszczeni - zgodnie z poleceniem s. Marii - do kuchni i magazynu.
Konsekwencją takiej postawy było zatrzymanie s. Marii przez UB. Zabrano ją do aresztu, gdzie do późnych godzin nocnych była zastraszana. Żądano, by wydała klucze, ale s. Maria była nieugięta i konsekwentnie odmawiała ich przekazania. Nad ranem umęczona powiedziała do funkcjonariusza: "Szkoda mi pana, pan jest taki biedny, będę się za pana modlić". Po chwili usłyszała zdumiewającą odpowiedź: "Jestem zachwycony postawą siostry, niech siostra zawsze będzie taka". Po tej wymianie zdań została wypuszczona z aresztu.
Do 24 marca siostry zamknęły dostęp do zakładu, przez uchyloną furtkę wpuszczając jedynie dzieci do przedszkola i młodzież do szkoły. W okresie tym s. Maria mobilizowała rodziców do podjęcia czynnego oporu w obronie przedszkola. Doprowadziło to do interwencji delegacji rodziców w PRN m. Łodzi oraz w Ministerstwie Oświaty. Mimo to 24 marca odbyło się przejęcie przedszkola.
Po likwidacji przedszkola z prowadzonych dotychczas placówek oświatowo-wychowawczych łódzkim salezjankom pozostała jedynie szkoła. Najdramatyczniejszą walkę w jej obronie stoczyły w 1955 roku.
Bój rozpoczął się 25 czerwca wręczeniem s. Marii Lipińskiej, dyrektorowi szkoły, orzeczenia Dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego (DOSZ) w Łodzi z 21 czerwca zawiadamiającego o zamknięciu Zasadniczej Szkoły Odzieżowej Sióstr Salezjanek w Łodzi z dniem 30 czerwca 1955 roku. 23 lipca w celu zabezpieczenia, a zarazem przejęcia budynku szkoły na teren zabudowań salezjanek przy ul. Franciszkańskiej 85 przybyła komisja składająca się z przedstawicieli PRN m. Łodzi oraz funkcjonariusza UB. Siostry Maria Aleksandrowicz i Maria Lipińska nie wpuściły jednak przedstawicieli władz do budynku szkoły, zaś wszelkich informacji udzieliły na podwórzu. Zdawały sobie bowiem sprawę, że mogłoby to oznaczać nie tylko likwidację szkoły, lecz także utratę budynku. Ostatecznie w zamian za zwolnienie ze stanowiska dyrektora s. Marii Lipińskiej Centralny Urząd Szkolenia Zawodowego (CUSZ) w Warszawie 8 sierpnia 1955 r. uchylił decyzję DOSZ w Łodzi o likwidacji szkoły i zgodził się na przeprowadzenie naboru do jednego oddziału klasy I. Nowym dyrektorem szkoły została wówczas s. Janina Walędzik, która starając się zachowywać pozory podczas rozmowy w Wydziale ds. Wyznań (WdsW), zadeklarowała przestrzeganie przepisów i zarządzeń władz państwowych. Mimo to Ignacy Kurowski, pracownik WdsW, podkreślił w sprawozdaniu, że DOSZ w Łodzi winien skupić uwagę na tym zakładzie, "gdyż zachodzi obawa oddziaływania s. Aleksandrowicz na dyrektorkę [s. J. Walędzik - przyp. K.K.], by kontynuować stare zwyczaje i nie dopuścić na terenie szkoły do powstania ZMP".
Podobnie bezkompromisową postawę wykazywała s. Maria Aleksandrowicz w okresie walki o obronę szkoły w związku z powtarzającymi się zakazami naboru uczennic do klasy I, co w praktyce oznaczało stopniową likwidację placówki. Korzystne dla siebie decyzje osiągano bądź poprzez odwołania kierowane do CUSZ w Warszawie, bądź poprzez stosowanie polityki faktów dokonanych, a nawet obietnice nieotwierania klasy I w kolejnym roku szkolnym. Szkoła przetrwała wówczas jedynie dzięki postawie oraz owocnej współpracy dyrektora domu s. Marii Aleksandrowicz z dyrektorem szkoły s. Marią Lipińską.
W celu przekonania opornych sióstr do wykonywania decyzji władz stosowano również inne metody, np. wzywano je na rozmowy do kuratorium, WdsW oraz UB/SB, w trakcie których posługiwano się szantażem, a także zastraszeniem. Niejednokrotnie na takie rozmowy w Referacie/Wydziale ds. Wyznań oraz UB była wzywana również dyrektor domu s. Maria Aleksandrowicz. W UB próbowano również - umiejętnie wykorzystując wszelkie posiadane informacje - "zwerbować" mniej bezkompromisowe zakonnice. Siostra Maria odbyła taką rozmowę chociażby w trakcie likwidacji przedszkola prowadzonego przez łódzkie salezjanki w marcu 1952 roku. Miała ona związek z jej aresztowaniem, podczas którego wykazała się wspaniałą postawą. Nie doszło jednak do procesu dyrektora domu łódzkiego i s. Aleksandrowicz została zwolniona.
Tak bezkompromisowa postawa siostry musiała poskutkować zainteresowaniem UB jej osobą. Jedynie na podstawie szczątkowych informacji z dokumentów administracyjnych bezpieki wiadomo, że Wojewódzki Urząd do spraw Bezpieczeństwa Publicznego (WUdsBP) w Łodzi w 1955 r. prowadził sprawę ewidencyjno-obserwacyjną przeciwko dyrektorowi domu zakonnego w Łodzi, którym była wówczas s. Maria Aleksandrowicz. Niestety, nie znamy nawet kryptonimu, jakim została opatrzona ta sprawa, nie mówiąc już o podejmowanych w jej trakcie działaniach operacyjnych. Z pewnością jednak w tej walce starano się stosować tzw. techniki operacyjne, np. kontrolę korespondencji, podsłuchy telefoniczne itp., ale w związku z tym, że nie zachowały się materiały tej sprawy, nie sposób tego potwierdzić.
W 1956 r. siostra Maria została zastąpiona na stanowisku dyrektora łódzkiego domu salezjanek przez s. Walędzik. Poświęciła się wówczas pracy na stanowisku wikarii inspektorialnej, które objęła już pod koniec 1951 r., oraz referentki diecezjalnej zgromadzeń zakonnych na terenie diecezji łódzkiej. W 1963 r., a więc w okresie powtórnej akcji likwidacyjnej katolickich szkół prywatnych podjętej przez władze PRL w latach 1958-1963, komuniści zamknęli szkołę salezjanek w Łodzi. Była to ostatnia szkoła zakonna zlikwidowana przez władze na terenie tego miasta. Wówczas ponownie dyrektorem łódzkiego domu salezjanek została s. Aleksandrowicz. Musiała zmierzyć się z nową rzeczywistością, w której zabrakło miejsca dla zakonnych placówek oświatowo-wychowawczych stanowiących podstawowy rys charyzmatu Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki.
Nieugięty dyrektor łódzkiego domu salezjanek
We wrześniu 1963 r. s. Maria stanęła przed niezmiernie trudnym zadaniem. Należało bowiem przekwalifikować siostry mieszkające we wspólnocie, których głównym zajęciem była dotychczas praca z młodzieżą w szkole prowadzonej przez łódzkie salezjanki. Na wstępie s. Maria próbowała uruchomić kurs krawiecki, a następnie średnią szkołę muzyczną dla organistów. Obie te koncepcje spotkały się jednak z odmową ze strony władz, dla których, jak się wydaje, decydujące znaczenie miał fakt, że "Łódź na swym terenie nie posiada już żadnej placówki oświatowo-wychowawczej prowadzonej przez zakony i stwarzanie precedensu do organizowania podobnych nie byłoby wskazane z wielu względów".
Wobec niemożności podjęcia pracy oświatowo-wychowawczej s. Aleksandrowicz musiała znaleźć inne rozwiązanie. Salezjanki zostały zmuszone do zajęcia się pracą chałupniczą (przede wszystkim na rzecz Spółdzielni Krawieckiej "Chałupnik") na terenie różnych parafii. Dołączyły w ten sposób do grona tzw. sióstr parafialnych. Dopiero w 1965 r. udało się utworzyć, za zgodą władz terenowych, krawiecki punkt usługowy lekkiej odzieży damskiej.
Nie oznacza to oczywiście, że skoro salezjanki podjęły inne zadania, doświadczyły wreszcie spokoju ze strony władz. Wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu następowały wizytacje, tym razem łódzkiego domu salezjanek. Przeprowadzali je systematycznie (przynajmniej raz na dwa lata) i zgodnie z instrukcjami (Urzędu ds. Wyznań) pracownicy WdsW. Starano się w ten sposób zebrać podstawowe dane statystyczne dotyczące zgromadzenia, które były następnie przesyłane do Urzędu ds. Wyznań w celu późniejszego ich wykorzystania. Oczywiście wizytujący nie mieli łatwego zadania, gdyż udzielające wyjaśnień zakonnice - zapewne zgodnie z zaleceniami siostry Marii - nie chciały podawać nawet podstawowych danych, jak chociażby wykształcenia i nazwisk sióstr przebywających w domu zakonnym. Niedoinformowanie WdsW potwierdza jego korespondencja z Urzędem ds. Wyznań z lat 1968-1972, według której siostra Aleksandrowicz była przełożoną łódzkiego domu salezjanek jeszcze w 1968 r. (w rzeczywistości do 1967 r.), zaś inspektorką od 1969 r. (w rzeczywistości od 1967 r.).
Począwszy od 1959 r., kolejne rozporządzenia i okólniki władz zmierzały do osłabienia pozycji ekonomicznej Kościoła katolickiego, co znalazło swój wyraz w podwyższaniu i nakładaniu nowych obciążeń podatkowych oraz zobowiązaniu do prowadzenia ksiąg inwentarzowych. Realizując polecenie Episkopatu, który zakazał duchowieństwu zakładania takich ksiąg, s. Maria Aleksandrowicz również ich nie zaprowadziła w kierowanej przez siebie wspólnocie zakonnej. Władze odpowiedziały wzmożonymi szykanami finansowymi polegającymi na naliczaniu podatku według własnego uznania oraz nakładaniu kar finansowych. Co najdziwniejsze, podatek został wymierzony z tytułu prowadzonej szkoły, która właśnie w tym roku (1963 r.) została zlikwidowana. Prawdopodobnie kwota naliczonego podatku (22 500 zł) nie została nigdy w całości wyegzekwowana.
Wydział ds. Wyznań w dalszym ciągu próbował złamać opór siostry Aleksandrowicz poprzez wzywanie jej na rozmowy, których zadaniem było podporządkowanie władzom nieugiętej zakonnicy. Do 1967 r. siostra Maria nie stawiała się na takie rozmowy, przy czym nie miało znaczenia, czy otrzymała wezwanie telefoniczne, czy pisemne. Przykładowo w 1964 r. nie tylko, że nie przybyła na pisemne wezwanie WdsW, ale zdecydowała się na nie odpowiedzieć pisemnie. W piśmie z 23 listopada, powołując się na różne artykuły kodeksu postępowania administracyjnego (kpa), uzasadniła, że żądanie osobistego stawienia się w WdsW nie ma podstaw prawnych. Powołała się również na komentarz do kpa, według którego "pogląd, że organy administracji państwowej władne swobodnie czynić wszystko, co uważają za konieczne do osiągnięcia tego, co uznają za swoje zadanie, jest przeżytkiem państwa policyjnego". Na zakończenie oświadczyła, że szanuje prawo, jednak nie może zgodzić się, "by to, co nie jest prawem, przedstawiano mi jako przepisy prawne". Jasno stąd wynika, że bardzo dobrze potrafiła posługiwać się ustawodawstwem polskim w celu obrony łódzkiej wspólnoty zakonnej przed zakusami WdsW, który znalazł w niej godnego przeciwnika.
Tak odważna postawa s. Marii nie pozostała oczywiście bez odpowiedzi ze strony władz administracyjnych i aparatu bezpieczeństwa, które wszelkimi sposobami starały się uprzykrzyć życie niepokornej zakonnicy oraz kierowanemu przez nią łódzkiemu domowi salezjanek. Siostry były niepokojone poprzez wzmożone wizytacje i wspomniane już represje finansowe. Bardziej dotkliwe szykany, co zrozumiałe, spadały na przełożoną łódzkiej wspólnoty - s. Aleksandrowicz. Nie tylko była wzywana na rozmowy do Wydziału ds. Wyznań. W okresie do 1967 r. dwukrotnie starała się o wydanie paszportu w związku z zamiarem wyjazdu do Włoch, jednak każdorazowo spotykała się z odmową ze strony Wydziału Paszportów Komendy Miejskiej MO w Łodzi. Decyzje takie zapadały w ścisłym porozumieniu z Wydziałem ds. Wyznań PRN m. Łodzi (w I instancji) oraz Urzędem ds. Wyznań (w instancji odwoławczej), które zgłaszały swoje zastrzeżenia odnośnie do wyjazdu. Siostra Aleksandrowicz składała następnie odwołanie do Biura Paszportów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie, które podtrzymywało decyzję Wydziału Paszportów KM MO w Łodzi. Odbywało się to w ścisłym porozumieniu z Urzędem ds. Wyznań, który każdorazowo kontaktował się w tej sprawie z Wydziałem ds. Wyznań PRN m. Łodzi. W ten sposób uniemożliwiono siostrze Marii wyjazd do Włoch w 1964 i 1967 roku. Płaciła w ten sposób za swoją nieugiętą postawę oraz - jak to ocenił Zygmunt Skwira, kierownik WdsW - "brak lojalności w stosunku do władz państwowych". Pierwszy raz otrzymała paszport dopiero jako inspektor prowincji polskiej salezjanek w 1968 r. w związku z wyjazdem na kapitułę generalną zgromadzenia. Wówczas jednak postępowanie siostry Marii w relacjach z władzami stało się bardziej dyplomatyczne, co oczywiście nie umknęło uwadze ówczesnego kierownika WdsW. Ponieważ była odpowiedzialna za całe zgromadzenie, musiała dbać o pozory. Zaczęła więc stawiać się na wezwania Wydziału ds. Wyznań. Starała się również tłumaczyć niemożność wykonania niektórych zarządzeń, ponieważ "trudno jej podporządkować się jednocześnie zarządzeniom władz kościelnych i państwowych, bo są one jednocześnie sprzeczne". Należy z uznaniem podkreślić, że dla dobra kierowanej przez siebie inspektorii polskiej salezjanek potrafiła zmienić swoje dotychczasowe stanowisko i stosować bardziej elastyczną postawę niż wówczas, kiedy była jedynie przełożoną łódzkiego domu salezjanek. Funkcja przełożonej prowincjalnej salezjanek wymagała bowiem od niej stosowania metod dyplomatycznych.
Dalsze losy
Siostra Maria Aleksandrowicz po objęciu funkcji przełożonej Zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki w Polsce, którą pełniła w latach 1967-1973, dokonała pewnych zmian w obrębie polskiej inspektorii. Za jej kadencji przeniesiono siedzibę domu inspektorialnego z Łodzi do Wrocławia, gdzie został zorganizowany juniorat (1968 r.), otwarto trzy nowe placówki: w Garbowie, Krakowie oraz Pile. Jako pierwsza polska przełożona prowincjalna po II wojnie światowej uczestniczyła w XV Kapitule Generalnej Specjalnej w Rzymie na przełomie 1968 i 1969 roku. Za jej kadencji odbyły się również pierwsze od wielu lat wizytacje kanoniczne oraz wizyta matki generalnej zgromadzenia Ersylii Canta (1973 r.).
Po zakończeniu kadencji udała się do Garbowa na rekonwalescencję w związku z nasilającą się chorobą. Po rocznym pobycie w tamtejszym domu siostra Maria ponownie znalazła się w Łodzi, gdzie pozostała praktycznie do śmierci. Nie mogła już wówczas w pełni uczestniczyć w życiu wspólnoty. Zmarła 16 sierpnia 1985 r. w warszawskim szpitalu. Została pochowana w Łomiankach.
Jej wieloletnia praca na rzecz Kościoła katolickiego i zgromadzenia na długo pozostanie w pamięci wiernych, sióstr salezjanek oraz hierarchów Kościoła łódzkiego. Jak napisał biskup łódzki Józef Rozwadowski w liście skierowanym do inspektora prowincji warszawskiej salezjanek Teresy Czekały z 19 sierpnia 1985 r., "dla Sióstr była dobrą Matką, zaś jako służebnica pokorna posługiwała Matce - Kościołowi św.".
Krzysztof Kolasa, IPN Łódź
|
|
0 Komentarzy ˇ
212 Czytań
ˇ Drukuj
|
|