Z ojcem Eustachym Rakoczym ZP, kapelanem Żołnierzy Niepodległości, badaczem kultu Jasnogórskiej Bogurodzicy, profesorem i rektorem Akademii Polonijnej w Częstochowie, uhonorowanym wieloma odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem Komisji Edukacji Narodowej i Złotym Medalem "Za zasługi dla obronności kraju", rozmawia Mariusz Bober
Jak Ojciec trafił na Jasną Górę i skąd się wzięło zainteresowanie Ojca ruchem kombatanckim?
- Wyrosłem w atmosferze miłości i pietyzmu dla weteranów i kombatantów polskich. Mój dziadek Piotr Grzeczka był powstańcem wielkopolskim, walczył też w wojnie obronnej z bolszewikami 1920 roku. Wzrastałem w cieniu jego wspomnień. Dziadek walczył pod sztandarem, na którym namalowana była Matka Boża Częstochowska. Po latach jego wnuk poszedł znów walczyć pod tym sztandarem, na Jasną Górę Zwycięstwa. W domu z wielkim pietyzmem pielęgnowano kult Matki Bożej Częstochowskiej Królowej Polski. Pielgrzymowano na Jasną Górę. Byłem na Ślubach Jasnogórskich w 1956 r., kiedy ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego trzymano jeszcze w więzieniu. W takich okolicznościach rozwijało się moje powołanie i chyba dlatego trafiłem do Zakonu Ojców Paulinów, zabierając ze sobą rodzinne relikwie: szablę dziadka, jego chorągiew i powstańcze wspomnienia.
Po święceniach kapłańskich, tj. w 1972 r., gdy przyszedłem na Jasną Górę, zadbałem, by tradycyjna, bo powtarzająca się od 1946 r., majowa pielgrzymka żołnierzy spod Monte Cassino otrzymała bogatszą niż uprzednio zewnętrzną oprawę. Z czasem wzbogacono te spotkania - afisze, oprawa muzyczna, uroczyste składanie darów - wotów, apele poległych stały się ich częścią składową. Dla mnie najcenniejsze jednak były: wspólna modlitwa podczas Przenajświętszej Ofiary i indywidualne spotkania oraz rozmowy, które wiązały nie tylko samych kombatantów, ale całe ich rodziny z Jasną Górą. Naczelną ideą, od której ani na chwilę nie odstąpiłem, a którą zawarłem w głoszonych homiliach, było gromadzenie wszystkich żołnierzy, bez względu na to, pod jakimi politycznymi hasłami walczyli o Polskę. Przypomniałem, że na Jasnej Górze wolno jest się modlić każdemu. Wszyscy są równi w obliczu Chrystusa i Jego Matki.
Jaki moment z obchodów, które miały miejsce przed laty, szczególnie zapadł Ojcu w serce?
- Wydarzenie przypominające jedno z zaginionych Fałatowych [polski malarz, 1853-1929, malował m.in. "Przejście Napoleona przez Berezynę" - przyp. red.] płócien. Oto w Sali Rycerskiej jasnogórskiego klasztoru Prymasowi Polski, uznając w nim interreksa, odmeldowali się przedstawiciele trzech pokoleń walczącej Rzeczypospolitej: legionista gen. bryg. Mieczysław Boruta-Spiechowicz [uczestnik walk z Ukraińcami o Lwów oraz dowódca Grupy Operacyjnej "Boruta" podczas kampanii wrześniowej - przyp. red.] i nieznani mi żołnierze - żołnierz Września i harcerz doby okupacji. Ślubowali wówczas, że będą wiernie strzec sztandaru niepodległości.
W jakich okolicznościach Ojciec zetknął się z gen. Borutą?
- Był rok 1974, naznaczony obchodami 35. rocznicy Września. Wówczas to podszedł do mnie wysoki, przystojny mężczyzna, który oznajmił: "Boruta jestem!". "Pan generał Boruta?" - spytałem. "Tak jest, generał Boruta" - odpowiedział. Podtrzymując tę jakże zaszczytną rozmowę, zapytałem: "Czy ma Pan mundur?". On odrzekł: "Tak, mam w walizce". Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to autentyczny bohater - generał Mieczysław Boruta-Spiechowicz. Dnia 1 września 1974 r. na klasztornym dziedzińcu, przed historycznym arsenałem jasnogórskim rozlegał się sygnał Wojska Polskiego. Orkiestra marszem generalskim witała sędziwego generała. Prężyli się na baczność pielgrzymi - żołnierze z całego kraju. Raport składał generałowi płk Aleksander Nowaczyński. Przed pomnikiem ojca Kordeckiego głos werbli przywoływał pamięć poległych żołnierzy Września. Jasnogórski hejnał oznajmił, że wśród kombatantów obecna jest JASNOGÓRSKA HETMANKA, Matka Narodu i Królowa Polski. Każdy żołnierz meldował się osobiście, w serdecznej modlitwie przed Jej Cudownym Obrazem. "Jeszcze Polska nie zginęła..." grała orkiestra i śpiewali dawni obrońcy Rzeczypospolitej. Tego dnia na Jasnej Górze gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz po raz pierwszy wystąpił w mundurze. Ksiądz Prymas bardzo cenił gen. Borutę. Pamiętam, jak kiedyś spotkał się z nim. Prymas stanął przed generałem na baczność i powiedział, salutując: "Panie Generale, niższy stopniem major AK i kapelan Powstania Warszawskiego posłusznie melduje się!". Generał odpowiedział: "Prymasie, spocznij!". Nie zapomnę tego.
Jak Ojciec poznawał innych generałów?
- W sierpniu 1974 r. Prymas powiedział mi: "Prowadź wszystkich do Boga!". I dodał: "Czy generał Abraham [gen. Roman Abraham, dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii podczas wojny obronnej 1939 r. - przyp. red.] też już się włączył?". Odpowiedziałem: "Jeszcze nie był na Jasnej Górze, ale już jesteśmy w kontakcie". W ten sposób zrealizowałem jeden z punktów mego duszpasterskiego posługiwania - włączenie generałów II Rzeczypospolitej do modlitewnego kręgu kombatantów.
Czy przełożeni zakonni aprobowali całkowite oddanie Ojca dla duszpasterskiej posługi żołnierzom niepodległości?
- Przełożeni na Jasnej Górze, a szczególnie kustosz o. Remigiusz Toborowicz, widząc moje zainteresowanie "wojskiem", wzywał mnie zawsze, ilekroć chodziło o duszpasterską posługę dla jakiejkolwiek grupy żołnierzy. Rzeczą jednak najważniejszą w mojej pracy z kombatantami w jasnogórskim sanktuarium (w latach 1972-1977) był fakt, iż tej mojej szczególnej posłudze błogosławił sam Prymas Polski, ks. kard. Stefan Wyszyński. Świadczyło o tym stałe zainteresowanie moim posługiwaniem. Wyrażał je ks. Prymas błogosławieństwami, listami, serdecznym słowem, wypowiadanym na corocznych opłatkach kombatantów. I choć nie miałem żadnego oficjalnego dekretu na kapelana grup kombatanckich, to miałem jego błogosławieństwo i aprobatę. Na audiencji 18 lutego 1975 r., a byłem wtedy z gen. Borutą, ks. Prymas nazwał mnie ich kapelanem. W następnym roku otrzymałem oficjalne pismo od najstarszych rangą żyjących w kraju żołnierzy II Rzeczypospolitej z prośbą o duszpasterskie posługiwanie.
Jakimi słowami generałowie powołali Ojca na swego kapelana? Czy może Ojciec wspomnieć o piśmie - dokumencie, adresowanym do Ojca, w którym zawiera się ta szczególna prośba środowisk kombatanckich?
- "Warszawa 16 I 1976 r. Decyzją najstarszych w kraju dowódców Wojsk Polskich wybieramy Przewielebnego Ojca kapelanem wszystkich naszych formacji". Sygnatariuszami pisma byli: gen. bryg. Mieczysław Boruta-Spiechowicz, gen. bryg. Roman Abraham, gen. bryg. Jan Jagmin-Sadowski i płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski.
Ojciec zainicjował wykonanie płaszcza hetmańskiego na Obraz Matki Bożej. Proszę powiedzieć, jakie odznaki znalazły się na nim?
- Płaszcz hetmański zdobią gwiazdy orderowe, odznaki pułków piechoty i kawalerii, miniaturki wszystkich proporców kawalerii II Rzeczypospolitej, znaki ran, gwiazdki oficerskie, harcerskie lilijki i różnego rodzaju odznaki pamiątkowe. Pod każdym znakiem kryje się tajemnica miłości do Ojczyzny i żołnierskiego poświęcenia. Każdy znak ofiarowany bądź indywidualnie, bądź w imieniu pułku przypomina o spełnionym obowiązku wobec Ojczyzny. Wszystkich znaków na płaszczu hetmańskim jest 272. Pod każdym z nich kryje się tajemnica miłości Ojczyzny i żołnierskiego poświęcenia. Na tym płaszczu znakami męstwa wypisana została historia Rzeczypospolitej.
Czy wcześniej, na różnych etapach dziejów Polski, spotkał się Ojciec z podobną ideą?
- Dopiero w trakcie tworzenia płaszcza hetmańskiego dowiedziałem się, że już w roku 1939 kopię Cudownego Obrazu w srebrnych sukienkach ozdobiono odznakami pułków kresowych. Ten Obraz 19 maja 1939 roku paulini z Jasnej Góry przekazali Osadzie Krechowieckiej dla kościoła w Karłowszczyźnie na Wołyniu.
Kładzie Ojciec duży nacisk na opiekę nad miejscami pamięci narodowej. Dlaczego to takie ważne? W wolnej Polsce pojawiają się obecnie głosy, że za bardzo skupiamy się na historii, że za bardzo patrzymy wstecz.
- To drogowskaz dla tych, którzy żyją, by wiedzieli, jak służyć Ojczyźnie.
Przyczynił się Ojciec do umieszczenia pierwszej tablicy Orląt Lwowskich w kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze...
- Tablica ta wykonana została z inicjatywy generałów: Mieczysława Boruty-Spiechowicza i Romana Abrahama, uczestników listopadowej obrony Lwowa z 1919 roku. W nocy z 21 na 22 sierpnia 1975 roku tablica została zamontowana w kaplicy, a w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej ceremonii poświęcenia dokonał Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński. Przed tablicą wartę honorową zaciągnęli generałowie: Boruta i Abraham, a orkiestra strażacka, czcząc pamięć poległych Obrońców Lwowa, odegrała marsz żałobny. Reakcja władz PRL była, rzecz jasna, histeryczna. Ksiądz Prymas jednak zupełnie się z nią nie liczył.
Jaki ma Ojciec wkład w Hoffmanowską wizję obrony Jasnej Góry?
- Rzeczywiście, brałem udział w Hoffmanowskiej ekranizacji powieści Henryka Sienkiewicza "Potop". Byłem konsultantem i instruktorem Stanisława Jasiukiewicza, aktora, który wcielił się w postać przeora Kordeckiego podczas obrony Jasnej Góry przed Szwedami. Zacząłem od nauki chodzenia w habicie. Dałem mu swój habit i po prostu kazałem chodzić. Spytał: "Jak?". Odpowiedziałem: "Najpierw lewa noga, potem prawa, nigdy dwie naraz...". Roześmiał się: "Ale ojciec dowcipny". Poradził sobie. Długo przygotowywał się do roli. Chodził z nami ubrany jak przeor. Siadał nawet do wspólnego obiadu. Sadzaliśmy go wtedy na honorowym miejscu, aby rzeczywiście poczuł się przełożonym. Nawet zwracałem się do niego w ten sposób. Pamiętam, jak wzruszył się, gdy pewnego razu starsza kobieta poprosiła go o spowiedź. Wyjaśniłem wtedy, że jest aktorem. Kiedyś o północy, tak jak za czasów potopu szwedzkiego, odprawialiśmy Mszę Świętą. Jasiukiewicz powiedział do mnie: "Niech mnie ojciec zostawi samego". Chciał się pomodlić w samotności. To była jego rozmowa z Matką Bożą. Potem przyszedł do mnie i powiedział, że chce zadzwonić do żony. Odpowiedziałem wtedy: "Jeszcze nie mieliśmy takiego przeora, który o północy dzwoniłby do swojej żony...".
Jakieś szczególne chwile utkwiły Ojcu w pamięci z czasów kręcenia filmu?
- Zapamiętałem szczególnie dwa momenty. Jeden - gdy dano Jasiukiewiczowi historyczny, bursztynowy różaniec, według tradycji należący do ojca Kordeckiego. Gdy tłumaczyliśmy mu, że na tych paciorkach odmawia się "Zdrowaś Maryjo", spojrzał na nas znacząco i odparł: "Ojcowie, przecież ja odmawiam Różaniec". Innym razem powiedziałem mu, że będzie musiał zdjąć obrączkę, gdy będą filmować scenę z procesją, podczas której Jasiukiewicz miał nieść monstrancję. Odpowiedział: "Przemyślałem to, nie zdejmę, przecież będę miał ręce okryte welonem". Ogromne trudności ekipa miała przy filmowaniu Obrazu Matki Bożej. Obraz jest bowiem namalowany na deskach, które trochę się już wypaczyły.
Nie można więc filmować go bezpośrednio w kaplicy, tylko pod odpowiednio dobranym kątem. Należało więc Obraz wyjąć do sfilmowania, chociaż nie wolno było tego robić bez wiedzy przełożonych i zgody konserwatora obrazów. Po uzyskaniu takiego pozwolenia Obraz został wyjęty z ołtarza. Filmowany był w obecności konserwatora, prof. Rudolfa Kozłowskiego. Efekt tego przedsięwzięcia był imponujący. Oto po raz pierwszy z wielkiego ekranu Matka Boża z Cudownego Obrazu swoim niezwykłym spojrzeniem ogarniała widzów. Gdy komuniści obejrzeli film jeszcze przed emisją w kinach, kazali skrócić właśnie tę scenę. Jerzy Hoffman [reżyser filmu - przyp. red.] był posłuszny i wyciął... jedną klatkę, co przyznał już po 1989 roku.
Wśród ponad 50 przyznanych Ojcu odznaczeń, które Ojciec najbardziej ceni?
- Wszystkie te wyróżnienia są bliskie memu sercu, zarówno te od władz ministerialnych, jak i środowisk kombatanckich, gdyż za każdym z nich stoi uznanie, wdzięczność i miłość. Nie ukrywam, że chyba najbardziej zaskoczyła mnie Odznaka Honorowa i Medal Pamiątkowy Kustosza Chwały i Sławy Oręża Polskiego. W przeddzień Święta Wojska Polskiego, 14 VIII 2007 r., minister obrony narodowej wręczył pierwszych sześć nowo ustanowionych medali. Nie bez wzruszenia przyjąłem medal z numerem... 3!
Gdzie najchętniej spędza Ojciec urlop, w rodzinnej Wielkopolsce?
- Najchętniej wyjeżdżam do Budzynia, "do kraju ojców swoich". Rodziców już nie mam. W Budzyniu mieszkają moje dwie urodziwe siostry i dobry brat. Przy każdym moim przyjeździe odbywają się rodzinne spotkania. Kocham swoje rodzeństwo. Kocham Budzyń i całą moją rodzinną parafię. Mieszkańcy Budzynia są bardzo pracowici, uczynni i życzliwi. W takim klimacie, pośród takich filarów kapłańskich, jak ks. kanonik Jan Ksycki , ks. Jan Kanty-Pytel, profesor zwyczajny, ks. radca Stanisław Hedeszyński, kształtowało się i wyrosło moje powołanie. Proboszcz mego dzieciństwa, kapłan archidiecezji lwowskiej, ks. kanonik Eustachy Struk często organizował parafialne pielgrzymki na Jasną Górę, w których brałem udział. Z każdym rokiem bardziej wiązałem się z tym świętym miejscem. I tak wreszcie po maturze wstąpiłem do Zakonu Paulinów i razem z białym habitem przyjąłem imię mego ukochanego proboszcza - Eustachego. W najbliższych dniach, tj. 1 września, przypadnie już 45. rocznica mojej pierwszej profesji zakonnej. Jestem szczęśliwy, że w białym habicie, tu, pod opieką Pani Jasnogórskiej, mogę służyć Bogu w Trójcy Jedynemu.
Działa Ojciec także na rzecz upamiętniania historii rodzinnego Budzynia?
- Budzyń kiedyś miał prawa miejskie, przyznane przez Króla Władysława IV. Po wojnie komuniści ogłosili Budzyń największą wsią socjalistyczną w Polsce Ludowej. Teraz cofnięte prawa miejskie trudno jest przywrócić. W Budzyniu od trzydziestu lat w ostatnią niedzielę czerwca odprawiam Mszę św. na Okręgliku przy figurze Jasnogórskiej Królowej, ustawionej w miejscu, w którym powstańcy wielkopolscy 19 lutego 1919 r. zdobyli niemiecki samochód pancerny, co uratowało wówczas miasto. Na moją prośbę Sługa Boży Jan Paweł II odręcznie podpisał błogosławieństwo apostolskie dla tego powstańczego sanktuarium. W minionym roku uroczystość na Okręgliku zaszczycił swoją obecnością niecodzienny pielgrzym - ostatni prezydent II RP z Londynu - JE Ryszard Kaczorowski.
W jakich uroczystościach niepodległościowych w ostatnim czasie Ojciec uczestniczył?
- Takim szczególnym dniem była 94. rocznica wymarszu ku wolności Legionów Polskich. 5 sierpnia br. w katedrze wawelskiej razem z ks. prałatem prof. Zdzisławem Sochackim odprawiałem Mszę Świętą. Do zgromadzonych strzelców wygłosiłem okolicznościową homilię. Potem w krypcie Marszałka Józefa Piłsudskiego modliliśmy się za niego i jego I Kadrową. Z okazji tych obchodów komendant tegorocznego marszu Jan J. Kasprzyk wręczył mi honorową szablę, replikę tej, z którą przodkowie nasi szli "czynem zbrojnym" budzić Polskę do zmartwychwstania. Następnego dnia o godz. 7.00 na Oleandrach błogosławiłem 450 piechurów wyruszających na trasę Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej. Kiedy marsz osiągnie swój cel, po uroczystościach kieleckich, komenda i ochotnicy będą się meldować na Jasnej Górze, Patronce Legionów.
Kombatanci chwalą sobie prowadzone przez Ojca Apele Jasnogórskie...
- Raz w miesiącu prowadzę o godz. 21.00 Apel Jasnogórski. W tej rycerskiej modlitwie towarzyszą mi zasłużeni weterani WP. Za każdym razem staram się, by modlitwa do Królowej Polski osadzona była w historii Rzeczypospolitej oraz aby nasycona była patriotyzmem. Liczne telefony i listy, jakie otrzymuję od czcigodnych żołnierzy, łączących się ze mną duchowo za pośrednictwem Telewizji Trwam w wezwaniu "Królowo Polski... jestem przy Tobie", utwierdzają mnie zawsze w sile tego apelowego przesłania.
Nad czym obecnie Ojciec pracuje?
- Aktualnie przygotowuję do druku drugie wydanie poszerzone i uzupełnione książki (albumu) "Znak Ojczyzny" - jest to historia jasnogórskiego ryngrafu w polskiej tradycji rycersko-żołnierskiej. Myślę, że w przyszłym roku powinna ona ukazać się na naszym rynku.
Jakim słowami pragnąłby Ojciec zakończyć naszą rozmowę?
- Dzięki mojej kapłańskiej posłudze właśnie na Jasnej Górze miałem możność poznania wielu wybitnych Polaków - dzielnych żołnierzy, którzy pozostali w pamięci żywych jako spadkobiercy rycerskiego zawierzenia Jasnogórskiej Bogurodzicy.
Dziękuję za rozmowę.
|