Sługa Miłosierdzia
Z ks. bp. Janem Zającem, kustoszem sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie Łagiewnikach, rozmawia Małgorzata Bochenek
Sługa Boży Ojciec Święty Jan Paweł II jest nazywany Papieżem Miłosierdzia...
- Jeszcze jako młody student, robotnik Karol Wojtyła przychodził do kaplicy sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Tu modlił się przy grobie Siostry Faustyny i obrazie Jezusa Miłosiernego "Jezu, ufam Tobie". Często nawiedzał to święte miejsce, gdzie Pan Jezus przekazał Siostrze Faustynie orędzie o Miłosiernej Miłości. Widać, jak szukał od wczesnej młodości źródła dla człowieka przeżywającego dramaty życiowe. Świat był ogarnięty wojnami, zniewolony systemami totalitarnymi: nazizmem i komunizmem.
Tu młody Karol Wojtyła czerpał wsparcie, tu szukał odpowiedzi na nurtujące pytanie: jak pomagać drugiemu człowiekowi, aby ten nie zwątpił, nie popadł w rozpacz. Jako biskup krakowski rozpoczął starania o zniesienie dekretu zabraniającego publicznego kultu Bożego miłosierdzia. Pełniąc posługę metropolity krakowskiego, przyczynił się do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego Siostry Faustyny. Tej beatyfikacji dokonał osobiście już jako Papież 18 kwietnia 1993 roku w Rzymie. Na jeszcze bardziej intensywny rozwój kultu miłosierdzia Bożego wpłynęła kanonizacja Apostołki Bożego Miłosierdzia, dokonana 30 kwietnia 2000 roku.
Jako Papież, Jan Paweł II dwa razy nawiedził krakowskie Łagiewniki. W 1997 roku powiedział tutaj m.in.: "Orędzie miłosierdzia Bożego zawsze było mi bliskie i drogie. Historia jakby wpisała je w tragiczne doświadczenie drugiej wojny światowej. W tych trudnych latach było ono szczególnym oparciem i niewyczerpanym źródłem nadziei nie tylko dla krakowian, ale dla całego narodu. Było to i moje osobiste doświadczenie, które zabrałem ze sobą na Stolicę Piotrową i które niejako kształtuje obraz tego pontyfikatu...". Jan Paweł II przyczynił się do rozbudowy sanktuarium i wzniesienia bazyliki. Konsekrował ją osobiście 17 sierpnia 2002 roku. Ojciec Święty zawierzył wówczas świat Bożemu miłosierdziu.
To było ukoronowanie, ale jednocześnie otwarcie tego miejsca na cały świat i wskazanie drogi, która prowadzi człowieka na spotkanie z miłosiernym Bogiem. Dziś miłosierdzie Boże tak bardzo potrzebne jest współczesnemu człowiekowi...
- Warto, aby jeszcze raz wybrzmiały słowa Sługi Bożego Jana Pawła II Wielkiego, tym razem te wypowiedziane w sierpniu 2002 roku: "Potrzeba miłosierdzia, aby wszelka niesprawiedliwość na świecie znalazła kres w blasku prawdy. Dlatego dziś w tym sanktuarium chcę dokonać uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście (por. Dz. 1732). Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!".
Sługa Boży Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca, kiedy Kościół liturgicznie obchodził już Święto Bożego Miłosierdzia. Co podczas ostatniej nauki na ziemi, głoszonej swoim cierpieniem, mówił do nas Ojciec Święty?
- 2 kwietnia 2005 roku przed godz. 21.37 Ojciec Święty uczestniczył we Mszy św. odprawionej o miłosierdziu Bożym z drugiej niedzieli Wielkanocy. Po przyjęciu Komunii Świętej, po zawierzeniu miłosierdziu Bożemu i Matce Bożej mógł spokojnie odejść do Domu Ojca. I to było niezwykłe potwierdzenie tego święta, ale także tego, że droga, którą wybrał jeszcze jako młody student Karol Wojtyła, była tą właściwą. Droga zaufania Bożemu miłosierdziu została uwieńczona wymownym przejściem, jak wierzymy, do Nieba. Było to swoiste potwierdzenie, że droga pójścia za i z miłosiernym Bogiem jest drogowskazem do celu, jakim jest życie wieczne.
Dzisiaj w Rzymie rozpoczyna się Światowy Kongres Miłosierdzia Bożego, w 3. rocznicę śmierci Sługi Bożego Jana Pawła II, wielkiego propagatora kultu Bożego miłosierdzia...
- W przedsięwzięcie organizowane przez ks. kard. Christopha Schönborna z Wiednia włącza się także poprzez swój udział Papież Benedykt XVI. Kongres ma na celu pogłębienie kultu miłosierdzia Bożego. Kult miłosierdzia Bożego to nie sama modlitwa, wołanie o miłosierdzie Boże, ale także czynienie uczynków miłosierdzia. Trzy zadania, jakie otrzymała Siostra Faustyna, dzisiaj nadal, a może jeszcze bardziej, są aktualne: modlitwa, słowo i czyn. I to czyn solidaryzujący się z drugim człowiekiem, nie tylko gest, ale także spotkanie z potrzebującym pomocy duchowej czy materialnej.
W sąsiedztwie sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach powstanie Centrum Jana Pawła II "Nie lękajcie się". Czym ma być przede wszystkim to centrum?
- Naszym obowiązkiem jest pogłębianie dziedzictwa, które pozostawił nam Jan Paweł II. Przede wszystkim jednak spoczywa na nas obowiązek przekazywania papieskiego nauczania, świadczenie o Jego świętym życiu kolejnym pokoleniom. Centrum ma być miejscem przekazywania i zgłębiania dzieła życia i myśli Ojca Świętego Jana Pawła II. Dziedzictwa tego, który przez całe życie był Sługą Bożego Miłosierdzia.
Dziękuję za rozmowę.
"Widzialny" przymiot Boga
Nie ma świętego, który nie byłby miłosierny.
Kto bowiem jest świętym? Tylko ten, kto naśladuje Chrystusa. A Ten jest samym Miłosierdziem!
Nie ma świętości bez miłosierdzia. Czym bowiem jest świętość? To obecność świętego Boga w człowieku. A Bóg jest Miłosierny.
Święty to człowiek miłosierdzia. Jednak u świętego miłosierdzie nie jest "człowiecze". To miłosierdzie Boże. Bowiem to sam Bóg okazuje ludziom swoje miłosierdzie - przez świętego. Tak jak okazywał je przez Jana Pawła II. Dlatego miłosierdzie okazywane przez Papieża Polaka pisać trzeba z wielkiej litery. To Miłosierdzie Boże!
Miłość Boga obecna w stworzeniach
Bóg ukazuje się nam przez dzieła swego stworzenia, w nich bowiem obecna jest Jego mądrość i miłość. Ale jest to zwyczajny głos, czasem daleki, czasem tylko szept - usłyszysz go lub nie, zachwycisz się jego melodią lub nie, nawet gdy z podziwem się zasłuchasz w tę Boską melodię, niebawem nie będziesz w stanie jej sobie przypomnieć, aż wreszcie zapomnisz. Jest jednak miejsce, gdzie Bóg staje się bardzo "słyszalny". Aż krzyczy! Aż nie będziesz w stanie zapomnieć tego ogłuszającego głosu, tego potężnego wybuchu nadprzyrodzoności. Stanie się to twym udziałem, gdy Bóg postawi na twojej drodze świętego. Święty zawsze krzyczy o Bogu.
Tak, najłatwiej dostrzec Boga przez Jego umiłowane dzieła: przez Jego świętych. W nich Boskie cechy objawiają się tak wyraźnie, że w języku Kościoła mówi się o cnotach heroicznych. To już nie są cechy tylko ludzkie, cechy osiągnięte na drodze wysiłków samego człowieka. Tam działa łaska. Tam trudziło się Niebo. Przeziera przez nie sam Bóg.
Każdy święty jest obrazem Boga w Jego przymiotach. Jednak przez niektórych z nich Bóg daje nam zupełnie szczególne znaki. Chce, byśmy w ich świetle dostrzegli w Nim coś, co w obecnym momencie naszej wędrówki jest najważniejsze.
Mówimy o Janie Pawle II i mówimy o Bożym Miłosierdziu.
Może Miłosierdzie to w ogóle najważniejszy przymiot Boga? Tak uważał w "Dives in misericordia" Ojciec Święty Jan Paweł II, pisząc, że miłosierdzie to "najwspanialszy przymiot Stwórcy i Odkupiciela". Tak zdawał się sądzić św. Tomasz, gdy pisał, że człowiek, który okazuje miłosierdzie bez granic, uczestniczy we wszechmocy Boga. Bo "wszechmoc najdoskonalej objawia się w miłosierdziu".
To dlatego Jan Paweł II jest "santo subito" - natychmiast święty. W nim stała się widzialna najważniejsza cecha Boga. On krzyczy o Miłosierdziu, a my wsłuchujemy się w dźwięk tej eksplozji łaski, która przemienia życie.
Znaki, które krzyczą
Jan Paweł II był znakiem Boga. Przez niego Bóg wiele powiedział światu. Naszą uwagę zwrócił szczególnie na jedną ze swych Boskich cech: na znaczenie swego Boskiego Miłosierdzia. I na działanie Jego Miłosierdzia przez Maryję.
"O Boże, to miłosierdzie niezgłębione wprowadza w nowy zachwyt dusze święte i wszystkie duchy niebieskie. Pogrążają się w świętym zdumieniu te duchy czyste, wielbiąc to niepojęte Miłosierdzie Boże, które ich wprowadza w nowy zachwyt, wielbienie ich jest w sposób doskonały. O Boże wiekuisty, jak gorąco pragnę uwielbić ten Twój największy przymiot, to jest to niezgłębione miłosierdzie Twoje (Dz. 835)".
Możemy dziś tak wołać za św. Siostrą Faustyną. Ten zachwyt, wciąż świeży, "nowy zachwyt" stał się naszym udziałem dzięki Papieżowi... W Janie Pawle II widzialne stało się niepojęte i niezgłębione Miłosierdzie Boga.
A znaki Jana Pawła II były tak głośne, że nie dało się ich nie słyszeć.
Przecież wiemy, że gdyby nie on, orędzie Bożego Miłosierdzia nigdy nie rozeszłoby się na cały świat, nie miałoby dziś gorliwych apostołów w Stanach Zjednoczonych, w Irlandii, w Hiszpanii, w Indiach, w Rwandzie i na Filipinach. Siostra Faustyna umierając, była świadoma, że odchodzi z pustymi rękami, że czcicieli Bożego Miłosierdzia jest mniej niż piętrzących się wokół przeszkód. Jej spowiednik, Sługa Boży ks. Michał Sopoćko, pisał w prowadzonym przez siebie duchowym dzienniku: "Święci walczą nie tylko z wrogiem i z sobą - z własną słabością, lecz i z goryczą przekonania, że nic nie osiągnęli". On też widział, że orędzie Jezusa przekazane Siostrze Kowalskiej nie jest w stanie przebić się do ludzkich serc. Boże Miłosierdzie czekało na swojego proroka. Na kogoś, kto będzie silniejszy od diabła, który uczyni wszystko, by świat nie usłyszał nowiny o Bożym Miłosierdziu. Bo "szatan najbardziej boi się orędzia o Miłosierdziu (por. Dz. 764)".
Święta Siostra Faustyna wiedziała, że "sprawą kieruje Bóg sam, a jako ją Pan zaczął, tak i Pan poprowadzi" (Dz. 764). Im większe były trudności, tym była spokojniejsza i bardziej ufna. Wiedziała - a była to pewność wiary, która jest w stanie przenieść góry! - że Bóg sam w swoim czasie postawi na drogach tego orędzia kogoś, kto okaże się silniejszy od wrzenia piekieł.
Nie mogła się mylić i nie myliła się. Bóg dał światu wyglądanego przez nią proroka. Wybrał na niego Karola Wojtyłę. I hojną dłonią wpisał w jego życie potężne znaki.
Jan Paweł II - człowiek naznaczony znakami Miłosierdzia. Nadajmy im imiona, na które wskazuje sam Bóg.
Najpierw ostatni, największy i może dlatego wciąż nie do końca czytelny. Ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz pisał: "Jan Paweł II przeszedł 'ze śmierci do życia' w dzień maryjny - pierwszą sobotę miesiąca - i w liturgiczne święto Miłosierdzia Bożego. To przejście do wieczności na oczach całej rodziny ludzkiej było ostatnią katechezą Jana Pawła II (...). Milcząca katecheza Ojca Świętego była punktem szczytowym Jego Magisterium. Usłyszał ją i zapamiętał cały świat". W najważniejszym dniu życia Papieża - w dniu jego narodzin dla Nieba - pojawiły się dwa potężne znaki, które zobaczył cały świat. Jeden mówił o orędziu z Fatimy, drugi o orędziu z Krakowa, jeden o pierwszych sobotach, drugi o Bożym Miłosierdziu. Wierzymy wiarą św. Faustyny, że nadejdzie kiedyś wyznaczona przez Boga godzina, w której jakiś nowy prorok dany nam od Boga przełamie nowy opór złego ducha; wówczas zrozumiemy, że o zmierzchu dnia, w sobotę, 2 kwietnia 2005 r. Bóg dał nam jeden wielki znak zdolny skruszyć najtwardsze okowy grzechu. Jeśli Pan udzieli nam wystarczająco dużo łaski i światła, już dziś przyjrzymy się temu z daleka, niejako pozdrawiając z oddali tę wielką prawdę, która została nam - posłużmy się w tym momencie ulubionym terminem soborowym Jana Pawła II) - "już tak i jeszcze nie" objawiona.
Czytajmy z uwagą znaki. Jan Paweł II przekroczył próg śmierci w wigilię święta Bożego Miłosierdzia, święta, które on sam umieścił w kalendarzu kościelnym. Odszedł w wigilię ustanowionego przez siebie święta. Podkreślił jego rangę własną śmiercią... To nie wszystko. Pierwszą kanonizowaną przez niego w trzecim tysiącleciu osobą była właśnie Siostra Faustyna Kowalska. Ojciec Święty dał ją nowemu tysiącleciu jako patronkę i wzór, a przekazane nam przez nią orędzie dał współczesnemu światu jako program. Niebawem wybił go wielką czcionką na naszej historii, gdy u grobu nowej świętej w drugim roku trzeciego milenium zawierzył całą ludzkość Bożemu Miłosierdziu. Mało tego: ten ostatni znak został potwierdzony kolejnym, bowiem kiedy śmierć przyszła do Jana Pawła II, zastała go przy pracy nad encykliką o Miłosierdziu. Byłaby to druga encyklika poświęcona Miłosierdziu. Tym razem miała być ona odpowiedzią Papieża na współczesną "niemiłosierną" globalizację.
Ale to zaledwie "koniec znaków" (choć może wcale nie koniec?). Związek Jana Pawła II z orędziem o Bożym Miłosierdziu sięga daleko w przeszłość, co najmniej do 21 października 1965 roku. Z tą datą Karol Wojtyła, ówczesny arcybiskup Krakowa, rozpoczął proces informacyjny o heroiczności cnót Siostry Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. A nawet dalej: dosięga czasów, kiedy młody Wojtyła zaglądał do łagiewnickiej kaplicy. W dniu 17 sierpnia 2002 r., konsekrując nowe sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie, Jan Paweł II powiedział: "Przychodziłem tutaj zwłaszcza w czasie okupacji, gdy pracowałem w pobliskim Solvayu. Do dzisiaj pamiętam tę drogę, która prowadziła z Borku Fałęckiego na Dębniki, którą odbywałem codziennie, przychodząc na różne zmiany w pracy, przychodząc w drewnianych butach, jakie się wtedy nosiło. Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach kiedyś będzie konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach...".
A może związki łączące Papieża i Orędzie Miłosierdzia sięgają jeszcze wcześniejszych dni? Choćby taki symboliczny znak: przez parę miesięcy Faustyna Kowalska i Karol Wojtyła mieszkali w tym samym czasie w tym samym mieście, Krakowie. Nigdy się nie spotkali, ale byli tak blisko! Słyszeli bicie tych samych kościelnych dzwonów. Bożych dźwięków uderzających w niebo. Żyli w tym samym malutkim punkcie niezmierzonej historii...
Kilkadziesiąt lat później ów młody student polonistyki okazał się prorokiem naznaczonym przez Boga, tym, kto miał przełamać opór złych mocy walczących z przesłaniem Miłosierdzia. To właśnie on, kardynał Wojtyła, w decydującym stopniu przyczynił się do podjęcia przez Watykan decyzji o uchyleniu zakazu propagowania nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego w oparciu o "Dzienniczek" Siostry Faustyny.
To miało przyjść... Sama wizjonerka pisała o trudnym czasie próby, jaki czeka orędzie: "Będzie chwila, w której dzieło to, które tak Bóg zaleca, będzie jakoby w zupełnym zniszczeniu i wtem nastąpi działanie Boże z wielką siłą, która da świadectwo prawdziwości. Kiedy ten triumf nadejdzie, to my już będziemy w nowym życiu, w którym nie ma cierpień, ale wpierw dusza twoja będzie nasycona goryczą na widok zniszczenia twoich usiłowań. Jednak zniszczenie to jest tylko pozorne, ponieważ Bóg co raz postanowił, nie zmienia; ale chociaż zniszczenie będzie pozorne, jednak cierpienie będzie rzeczywiste. Kiedy to nastąpi - nie wiem; jak długo trwać będzie - nie wiem" (Dz. 378). To "jakby zupełne zniszczenie", to "pozorne zniszczenie" zaczęło się dwadzieścia lat po śmierci Faustyny i trwało dwadzieścia lat. W listopadzie 1958 roku Stolica Apostolska wydała dokument zakazujący szerzenia kultu według "rzekomych objawień" Siostry Faustyny. Na tę decyzję złożyło się wiele przyczyn, przede wszystkim jednak poważne pomyłki w przekładzie z języka polskiego - błędy, które wypaczały Niebieskie orędzie. A ponieważ Bóg jest najlepszym teologiem i nie może mówić o sobie nieprawdy - Kościół uznał, że objawienia muszą być fałszywe.
Po dwudziestu latach stała się rzecz niespotykana. W kwietniu 1978 roku uchylono zakaz kultu, zdjęto pieczęcie z pism Faustyny. Ówczesny prefekt Kongregacji Nauki i Wiary (wtedy Święte Oficjum) kardynał Seper wyjaśnił, że decyzja ta była zasługą ówczesnego arcybiskupa Krakowa: "...na mocy nowej Noty... po wydobyciu na światło dzienne i przebadaniu oryginalnej dokumentacji, jak również wnikliwej i kompetentnej interwencji poczynionej przez Karola Kardynała Wojtyłę, jest intencją Stolicy Apostolskiej uchylić zakaz wydany w poprzedniej Nocie z 1959 r."
Ile to "zniszczenie" trwałoby bez ks. kard. Karola Wojtyły? Tego nie wiemy. W tamtych czasach nie było znaków dających nadzieję na zmianę stosunku Watykanu do orędzia o Bożym Miłosierdziu. Nie, to nieprawda. Był jeden ważny znak, znowu jednak związany z postacią Karola Wojtyły. Już wcześniej, w 1965 r., a więc w okresie obowiązywania zakazu szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia w oparciu o "Dzienniczek", rozpoczął się w Krakowie proces informacyjny Siostry Faustyny na szczeblu diecezjalnym. Zainicjował go właśnie ks. kard. Wojtyła. Wiele lat później, 18 kwietnia 1993 r., ten sam człowiek - już jako Papież - beatyfikował Sekretarkę Bożego Miłosierdzia, a 30 kwietnia 2000 r. kanonizował ją i dał jako wzór i orędowniczkę całemu Kościołowi powszechnemu.
Jan Paweł II to wielki prorok dany od Boga, człowiek zmieniający dzieje świata. Czy o jego misji nie mówi na ostatnich stronach Faustynowy "Dzienniczek"? Czy nie do niego odnosi się tajemnicze proroctwo: "Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: 'Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje' (Dz. 1732)".
Wielu ludzi jest przekonanych, że "iskrą z Polski" jest właśnie Jan Paweł II i że Papież Polak ma jeszcze do odegrania wielką misję. Może najważniejszą w całym swym bogatym powołaniu. Przecież iskra, jeśli nie gaśnie, zamienia się w płomień. A iskra Jana Pawła II nie zgaśnie...
To będzie wielki cud. Kiedy - pisał nasz Ojciec Święty w "Dives in misericordia" (p. 2) - panowanie człowieka nad ziemią będzie jednostronne i wypaczone, "jakby nie pozostawiało miejsca dla miłosierdzia", wtedy Bóg wprowadzi Boże Miłosierdzie w świat, który Go odrzucił. "Niemiłosierna" rzeczywistość, w którym będzie żyć ludzkość, zostanie przemieniona przez Miłosierdzie. Iskra nie zgaśnie, zrodzi się z niej płomień, zapali się cały świat.
Jan Paweł II mówił: "Żaden grzech człowieka nie może uchylić Bożego Miłosierdzia, nie może go powstrzymać przed ujawnieniem całej zwycięskiej mocy, jeśli tylko jej wezwiemy".
Czy przekazana przez św. Faustynę zapowiedź zwycięstwa to po prostu inna nazwa triumfu Niepokalanego Serca Maryi, zwiastowanego w ukochanej przez Jana Pawła II Fatimie? Może znowu muskamy słowem ów największy znak wpisany w dzień 2 kwietnia 2005 r. - podwójny znak, który jest Boską jednością?
Droga, która wiedzie w czas Miłosierdzia
Jak to się stało, że Boże Miłosierdzie było dla Karola Wojtyły tak ważną prawdą, towarzyszącą mu na całym szlaku jego życia? I czym ono było w jego oczach? Czy znaczyło ono dla niego to samo, co dla nas niebędących ani teologami, ani mistykami? Odpowiedź na to ostatnie pytanie może się okazać niezwykle ważna.
Zacznijmy od próby znalezienia odpowiedzi na pierwsze, bardziej podstawowe pytanie. Co takiego wydarzyło się w życiu Wojtyły, że prawda o Bożym Miłosierdziu stała mu się bliska, że - jak pisał ks. kard. Andrzej Maria Deskur - "prawda o miłości miłosiernej silniejszej niż wszelkie zło przenika nauczanie i działalność Ojca Świętego"?
Skąd fascynacja tą wielką tajemnicą objawioną przez Boga? Z pewnością jest to owoc działania łaski. Z pewnością sam Bóg prowadził Karola Wojtyłę ku odkryciu prawdy o swoim Miłosierdziu. Pan wybrał go, przeznaczył, obdarzył łaską i pokierował drogami, na których nie ma przypadków. A Karol Wojtyła dał się pochwycić w Boskie sieci i nigdy z nich nie wypadł. Pytamy, czy na drodze tego powołania Bóg postawił przed swym wybrańcem jakieś szczególne wydarzenia, jakieś poruszające lektury, jakieś niezwykłe doświadczenia, coś, co miało ukierunkować całe jego życie. Nie, nie było żadnej książki podobnej do maryjnego Traktatu, w którym rozczytał się Wojtyła w pobliżu krakowskich Łagiewnik. Ale - ponieważ Bóg jest w sobie niesprzeczny - książka o oddaniu się bez reszty Maryi z całą pewnością była wpisana w wielki Boski plan Miłosierdzia. Była ona konieczna do tego, by w świecie opanowywanym przez cywilizację śmierci zaczęła się wiosna miłosierdzia, by ludzkość mogła otrzymać od Boga "antybiotyk przeciw schorzeniom moralnym" (ks. kard. Deskur). Przecież, jak pokazuje nam wielki podwójny znak dany przez Boga w śmierci Papieża, droga Totus Tuus związana z Fatimą i orędzie Bożego Miłosierdzia związane z Siostrą Faustyną to jakby dwie strony monety - jedynej, którą można wykupić dziś świat z niewoli zła.
W planach Boskiej pedagogii Karol Wojtyła otrzymał wyraźne wskazówki Maryjne. Trudno dopatrzyć się podobnych związanych z Bożym Miłosierdziem. Pytamy, dlaczego? Może dlatego, że wcale nie były one potrzebne, bo wystarczało ciche środowisko łaski, w którym dojrzewał przyszły Ojciec Święty? A może dlatego, że najpierw musiała się w nim wykształcić dojrzałość maryjna - tak doskonała, by Papież przełomu epok umiał jak Matka Najświętsza otworzyć się na dar Miłosierdzia i jak Ona być gotowym zapłacić najwyższą cenę za uczestnictwo w misterium Bożego Miłosierdzia - "w sposób wyjątkowy okupić swój udział w objawianiu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca" (por. "Dives in misericordia" 9)? Może bez zrozumienia Maryi, "która w sposób szczególny i wyjątkowy - jak nikt inny - doświadczyła miłosierdzia" (j. w.), może bez zgłębienia prawdy o Jej Niepokalanym Poczęciu, o którym Jan Paweł II powiedział, że jest ono "pierwszą manifestacją Bożego Miłosierdzia" i bez zrozumienia znaczenia Jej obecności pod krzyżem, gdzie czynnie współpracowała w udzielaniu światu Miłosierdzia - może bez poznania Matki Jezusa, pokochania Jej i wiernego Jej naśladowania nie sposób było stać się prorokiem silniejszym od mocy szatańskich, zdolnym usunąć przeszkody stojące na drodze rozwoju kultu Bożego Miłosierdzia w świecie. Może rzeczywiście tak jest...
Z pewnością możemy mówić o pewnym opatrznościowym znaku wpisanym w Wojtyłowe powołanie do bycia prorokiem Miłosierdzia. Bóg związał jego życie z Krakowem - z tym samym co Faustyna Kowalska środowiskiem duchowym. Wojtyła znalazł się w mieście, który posiada najstarszy kościół pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego i w którym zrodził się apostolat Miłosierdzia. Tam pracowały osoby najbliższe św. Faustynie i najlepiej znające otrzymane przez nią orędzie. Wojtyła dotknął nawet miejsca, w którym zakończył się przekaz tego niebieskiego apelu. Wiemy, że na drodze przyszłego Papieża Pan postawił kaplicę łagiewnicką. Kiedy spotykał się w niej z Bogiem, wsłuchiwał się z uwagą w orędzie Miłosierdzia, o którym coraz więcej opowiadano w Krakowie. Przede wszystkim zaś oddychał obecną tam łaską...
Potem znowu nastała cisza. Znowu nastał czas na milczące działanie łaski. Bóg prowadził przyszłego Papieża w sposób niewidoczny dla nikogo z zewnątrz, niedostrzegalny nawet dla samego Wojtyły. Tkał uważnie jego życie tak, by znalazło się w nim wszystko, co za chwilę będzie potrzebne w jego misji prorockiej. Skierował jego zainteresowania ku doświadczeniu mistycznemu. Obudził w nim fascynację teologiczną refleksją o Bogu połączoną z analizą sytuacji otaczającego go świata. Przyszły Papież Miłosierdzia wiedział, że Bóg nie działa zawsze i wszędzie w ten sam sposób, że i w Jego działaniu ma miejsce swoista "inkulturacja" Dobrej Nowiny (odkryta jako zadanie dla Kościoła na współtworzonym przez Wojtyłę soborze watykańskim) i że Jego wszechmoc i mądrość objawia się w inny sposób, w różnych epokach i w różnych kulturach. Karol Wojtyła zaczął stawiać sobie pytanie, w jaki sposób Bóg ukazuje się ludziom z kręgu kultury śmierci. W tym momencie od naukowego odkrycia znaczenia orędzia Bożego Miłosierdzia dzielił go już zaledwie jeden mały krok. Tym bardziej, że jego pytania o sposób obecności Boga w dzisiejszym świecie prowadziły do połączenia jego refleksji teologicznej z osobistym doświadczeniem. A były tam wpisane dwa hasła: Matka Boża i Boże Miłosierdzie.
W ramionach Matki Bożej Miłosierdzia
Te dwa wątki powoli zaczynają się w Karolu Wojtyle - kapłanie, biskupie, kardynale - łączyć. W Wojtyle Papieżu dla uważnego obserwatora stają się one już niemal widzialne. Okazuje się, że już sam jego wybór na Sternika całego Kościoła był związany z tym najważniejszym dla nas atrybutem Boga, przypomnijmy od razu: najpełniej objawionym w Maryi.
"Niedługo po tym, jak niezbadanym wyrokiem Bożym zostałem wybrany na Stolicę Piotrową, udałem się do litewskiej kaplicy Matki Miłosierdzia w podziemiach Bazyliki Watykańskiej. I tam, u stóp Najświętszej Dziewicy, modliłem się za was wszystkich". To wyznanie Jana Pawła II z jego pielgrzymki na Litwę w 1993 roku. I jeszcze inne niezwykłe słowa z tej samej podróży apostolskiej: "W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy".
Dlaczego tamtego roku nowo mianowany Papież modlił się do Matki Bożej Miłosierdzia? I o co się wówczas modlił? Co pchnęło Jana Pawła II, by udać się właśnie do tej kaplicy? Czyżby czuł, że - jak napisze później - na Stolicę Piotrową zaprowadziła go wszystko ogarniająca Boża Opatrzność, która w jego życiu przybrała postać Bożego Miłosierdzia? Czyżby poza wyraźnym maryjnym wątkiem konklawe (ks. kard. Wyszyński i nowo wybrany Następca św. Piotra jednocześnie wyszeptali: "To Jej dzieło") tajemnica wyboru Papieża Polaka skrywała w sobie również ten drugi, niesprzeczny z pierwszym, wątek? Czy kardynał Wojtyła, który stał się Papieżem Janem Pawłem II, przeczuwał, że Bóg stawia przed nim zadanie obdarowania świata także drugim "skarbem z Polski" - nie tylko maryjnością, która pozwoliła odnieść w naszym kraju zwycięstwo nad "błędami Rosji", ale i orędziem Bożego Miłosierdzia, które ma moc podpalić świat, niszcząc opanowujące go struktury zła?
Zadajmy też inne pytanie: Dlaczego trzynaście lat po zamachu na swoje życie Jan Paweł II odwrócił uwagę słuchaczy od Fatimy, a skierował ją na dwa inne miejsca kultu maryjnego: na Jasną Górę i Ostrą Bramę? Zdaniem obserwatorów, przytoczone za chwilę słowa, które Papież skierował do wiernych 13 maja 1994 r., w zupełnie nowy sposób ujawniają mistyczną więź Papieża z Matką Najświętszą i z Bożym Miłosierdziem.
Oddajmy głos Ojcu Świętemu: "Piszę do was te słowa dziś, 13 maja, z polikliniki Agostino Gemelli. Pozwólcie, Bracia umiłowani, że wrócę myślą do tego, co wydarzyło się przed trzynastoma laty na placu św. Piotra.
Wszyscy pamiętamy ten moment, kiedy po południu oddano strzały do papieża, aby go zabić. Kula, która przebiła jamę brzuszną, znajduje się obecnie w Sanktuarium we Fatimie, pas przedziurawiony tą kulą znajduje się w Sanktuarium na Jasnej Górze.
To macierzyńska ręka kierowała torem kuli, a umierający papież, przewieziony pośpiesznie do kliniki Gemelli, został zatrzymany na progu śmierci.
We wrześniu ubiegłego roku, kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w Sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego Polskiego poety, Adama Mickiewicza: 'Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie!... jak mnie... do zdrowia powróciłaś cudem!'.
Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał.
Wiedziałem, że to sanktuarium oczekiwało od papieża tego świadectwa...".
Słowa te zwracają uwagę przede wszystkim na Matkę Miłosierdzia z Ostrej Bramy. Zostały one wypowiedziane - przypomina Papież - właśnie do Niej, do Ostrobramskiej Madonny! Bo - podkreśla jeszcze Ojciec Święty - tamto miejsce musiało usłyszeć jego świadectwo o roli Matki Miłosierdzia w jego życiu, przede wszystkim zaś w cudzie ocalenia w maju 1981 roku.
Okazuje się, że Maryja Matka Miłosierdzia stanęła przy podwójnym początku polskiego pontyfikatu: pierwszy raz 16 października 1978 r. i drugi - 13 maja 1981 roku. Bo pontyfikat Jana Pawła II miał dwa początki. Przypomnijmy, że sam Jan Paweł II podkreślał, że jego właściwy pontyfikat trwał zaledwie trzy lata; potem zaczął się cud "drugiego pontyfikatu"...
W oba początki wpisana została Matka Miłosierdzia...
Wincenty Łaszewski
Papież, który uczy o miłosierdziu "inaczej"
Czas zadać pytanie o kształt refleksji Karola Wojtyły nad wielką prawdą o Bożym Miłosierdziu. Pora zapytać, czy spojrzenie Papieża różni się od naszych obiegowych sądów. Sam Jan Paweł II dał na to odpowiedź twierdzącą. I zarazem pokazał nam drogę do miłosierdzia, które przemienia człowieka i świat.
Ojciec Święty był świadom poważnych konsekwencji błędu, jaki popełnia wielu ludzi, którzy przyjmując za swoje "obiegowe sądy ludzkie na temat miłosierdzia" ("Dives in Misericordia", 14), nie odkrywają w nim chrześcijańskiego wymiaru - naśladowania Chrystusa, i rozumieją miłosierdzie "w sposób jednostronny: jako dobro czynione drugim". Ktoś od razu zakrzyknie: "Przecież właśnie na tym polega miłosierdzie!". Ale Ojciec Święty naucza, że jest to tylko obiegowe przekonanie, fałszywa definicja. I nie dziwi się, że współczesny świat odrzuca takie pojęcie miłosierdzia.
Zrozumieć głęboki sens
Pytamy więc Papieża, czym jest prawdziwe miłosierdzie, a on ukazuje nam, jak wyglądają "myśli Boże", nie ludzkie. Tłumaczy, że nasze działania tylko wtedy będą czynieniem miłości miłosiernej, "gdy świadcząc je, żywimy głębokie poczucie, iż równocześnie go doznajemy ze strony tych, którzy je od nas przyjmują". Chrześcijańskie miłosierdzie oznacza "dwustronność", a jeśli tej wzajemności brak - ostrzega Ojciec Święty - "wówczas czyny nasze nie są jeszcze prawdziwymi aktami miłosierdzia". Okazuje się, że czyniąc miłosierdzie, często obracamy się w kręgu fałszywego i bezowocnego działania, w którym nie ma mocy Boga. A przecież orędzie Bożego Miłosierdzia właśnie dlatego jest tak ważne i tak paląco aktualne, bo może zmienić współczesny świat, sprawić, że ustąpi mrok grzechu i że zajaśnieje przed nami światło zwiastujące nadejście dni "nowego, lepszego świata".
Nie przyspiesza nadejścia tych dni człowiek, który patrzy na miłosierdzie - dawane innym i otrzymywane od innych - w kategoriach charytatywnego uczynku. W takim akcie miłosierdzia, upomina Ojciec Święty, "dostrzegamy nade wszystko stosunek nierówności pomiędzy tym, kto je okazuje, a tym, który go doznaje". Taki akt miłosierdzia jest jednostronny, "zakłada i pozostawia dystans pomiędzy czyniącym je a doznającym go" ("Dives in Misericordia", 14). A to "uwłacza temu, kto go doznaje", "uwłacza godności człowieka" - ostrzega Papież. Prawdziwe miłosierdzie wygląda inaczej: "ów, który doznaje miłosierdzia, nie czuje się poniżony, ale odnaleziony i 'dowartościowany'" (DiM 6).
"Właściwym i pełnym znaczeniem miłosierdzia nie jest samo choćby przenikliwe i najbardziej współczujące spojrzenie na zło moralne, fizyczne czy materialne. W swoim właściwym i pełnym kształcie miłosierdzie objawia się jako dowartościowanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku. W takim znaczeniu miłosierdzie stanowi podstawową treść orędzia mesjańskiego Chrystusa oraz siłę konstytutywną Jego posłannictwa" (DiM 6).
Prawdziwe miłosierdzie jest dowartościowaniem człowieka, okazaniem mu głębokiego szacunku, obopólną radością, wzajemnym ubogaceniem. Człowiek współczesny nie odwracałby się plecami od takiego miłosierdzia. Świat zaś przyspieszyłby biegu w kierunku cywilizacji miłości.
Tymczasem - jak pisał Jan Paweł II - nie korzystamy z pełni daru Bożego Miłosierdzia, w świecie umacniają się struktury zła, wielu ludzi idzie na potępienie. Możemy w tym miejscu pytać, czy nie jest tak dlatego, bo człowiek patrzy w ten sam "obiegowy" sposób nie tylko na uczynki miłosierdzia, ale nawet na dar miłosierdzia otrzymywany od Boga? Czy mówiąc o Bożym Miłosierdziu, nie mówimy zazwyczaj o działaniu Boga i wdzięcznym przyjmowaniu Jego darów przez człowieka? Przyjmujemy coś od Boga, który działa, sami pozostając bierni, będąc jedynie widzami, sami nie działając, nic nie dając w zamian. Tymczasem Papież uczy, że Boże Miłosierdzie jest łaską, którą Bóg daje osobie ludzkiej, oczekując bycia wzajemnie obdarowanym. Gdy brakuje tu owej "dwustronności", Boże Miłosierdzie jest tak niepełne, że aż nieowocne. "Wówczas nie uczestniczymy jeszcze całkowicie we wspaniałym źródle miłości miłosiernej" (DiM 14) - mówi Ojciec Święty. Można rzec, takie jednostronne miłosierdzie dotyka naszego życia tylko powierzchniowo i nic nie jest w stanie w nim zmienić. Pozostaje tylko znakiem, który daje nam Bóg - drogowskazem do skarbca, którego odkrycie może przebudować całe nasze życie.
Miłosierdzie nie jest jednostronnym działaniem charytatywnym. Wypowiedzi Papieża na temat takiego rozumienia chrześcijańskiego miłosierdzia i Bożego Miłosierdzia są czasem ostrym upomnieniem. Bo jak inaczej potraktować słowa: "Wówczas nie dokonało się jeszcze w pełni to nawrócenie, którego drogę ukazał nam Chrystus"? Nasze "charytatywne" miłosierdzie nie jest doświadczeniem chrześcijańskim!
Chrystus obecny w naszym bliźnim
Ktoś słusznie zapyta: W jaki sposób ubogi nędzarz może mi się odwzajemnić? Cóż takiego przyjmuję od nędzarza, kiedy ofiarowuję mu swoją pomoc?
A może spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie najkrócej i powiedzieć tylko dwa zdania? Wystarczy przypomnieć sobie, że Chrystus jest obecny w naszych braciach i posłuchać słów Papieża: "Możemy z całą pokorą okazywać miłosierdzie drugim, wiedząc, że On przyjmuje je jako okazane sobie samemu". A potem zadajmy sobie jeszcze pytanie o ewangeliczną miłość bliźniego. Kto prawdziwie kocha, ten jest szczęśliwy, widząc szczęście drugiego. Jego szczęście jest twoim, jeśli go naprawdę kochasz, jeśli spoglądasz na niego z Boskim światłem w oczach, z podziwem i zachwytem, że możesz dotknąć... Chrystusa!
Przypomnijmy sobie refleksje Papieża na temat sceny powrotu syna marnotrawnego. "Przypowieść o synu marnotrawnym uświadamia nam, że (...) relacja miłosierdzia opiera się na wspólnym przeżyciu tego dobra, jakim jest człowiek, na wspólnym doświadczeniu tej godności, jaka jest jemu właściwa. To wspólne doświadczenie sprawia, że syn marnotrawny zaczyna widzieć siebie i swoje czyny w całej prawdzie; dla ojca zaś właśnie z tego samego powodu staje się on dobrem szczególnym: tak bardzo widzi to dobro, które się dokonało na skutek ukrytego promieniowania prawdy i miłości, że jak gdyby zapomina o całym złu, którego przedtem dopuścił się syn" (DiM, 6).
W świetle tej wypowiedzi Papieża łatwiej już postawić nam to samo pytanie o "odwzajemnienie się nędzarza" w bardziej podstawowym kontekście: w świetle pochylania się Boga nad nami, ludźmi przegranymi życiowo, nad duchowymi nędzarzami, nad więźniami grzechu. Możemy pytać za psalmistą: "Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył?". Co my, grzesznicy, możemy dać nieskończonemu Bogu?
To bardzo celne pytanie, prowadzi nas bowiem do samego jądra prawdy o działaniu Bożego Miłosierdzia w świecie. Czyż nasza odpowiedź nie jest właśnie owym odwzajemnionym spojrzeniem obdarowanego, spojrzeniem pełnym zachwytu i miłości? Czy odpowiedź na Boże Miłosierdzie to nie wejście z Bogiem w relację Ojca i syna, w relację, w której nie ma dystansu? Przecież tak właśnie Jan Paweł II interpretuje przypowieść o synu marnotrawnym. Ale nie zatrzymuje się na tym. Zdaje się wskazywać na niezwykły fakt: działanie Miłosierdzia skupia się na nawróceniu. Mówiąc prościej, Bóg obdarza nas miłosierdziem, byśmy się nawrócili.
Nawrócenie owocem miłosierdzia
Owe nawrócenie jest właśnie tą odpowiedzią, której oczekuje od nas Bóg. To właśnie ono tworzy w Miłosierdziu "dwustronność" i "wzajemność", która owocuje cudami. Jan Paweł II podkreśla, że "nawrócenie jest najbardziej konkretnym wyrazem obecności miłosierdzia w ludzkim świecie". Doświadczenie Bożego Miłosierdzia i przyjęcie go owocuje prawdziwym nawróceniem. "Prawdziwe poznanie Boga miłosierdzia, Boga miłości łaskawej, jest stałym i niewyczerpalnym źródłem nawrócenia, nie tylko jako doraźnego aktu wewnętrznego, ale jako stałego usposobienia, jako stanu duszy. Ci, którzy w taki sposób poznają Boga, w taki sposób Go "widzą", nie mogą żyć inaczej jak stale się do Niego nawracając" (DiM, 13),
Teraz zaczynamy rozumieć także inny wątek podkreślany w papieskim nauczaniu o Bożym Miłosierdziu. Raz jeszcze Ojciec Święty konfrontuje "obiegowe" rozumienie Bożego Miłosierdzia z chrześcijańskim orędziem. Bóg, który okazuje nam swe miłosierdzie po to, by wzbudzić w człowieku pragnienie nawrócenia, działa w różny sposób - w najlepszy, zgodny ze zbawczą pedagogią Bożą. Wbrew powszechnemu przekonaniu dotyk Miłosierdzia wcale nie musi oznaczać wyrównywania pagórków na naszym szlaku życia, usuwania przeszkód, odbierania cierpień. Boże Miłosierdzie działa z perspektywy tego, co jest dla nas dobre w wieczności, nie zawsze więc pociąga za sobą łatwe rozwiązania. Nawet oczyszczenie przez cierpienie i chorobę może być działaniem Miłosierdzia. Krzyż - przypomina nam Jan Paweł II - jest "radykalnym objawieniem miłosierdzia, czyli miłości wychodzącej na spotkanie tego, co stanowi sam korzeń zła w dziejach człowieka: na spotkanie grzechu i śmierci" (DiM, 8). Działa ono na ziemi nawet przez Sprawiedliwość Bożą. To nie są dwie "wykluczające się" cechy Boga. Wszystko jest u Niego objawieniem Miłosierdzia. Podczas audiencji generalnej, która miała miejsce 7 lipca 1999 r., Papież powiedział: "Bóg jest sprawiedliwy, ponieważ zbawia, spełniając w ten sposób swoje obietnice, natomiast sąd nad grzechem i nad bezbożnymi jest tylko jednym z aspektów Jego miłosierdzia. Na tę miłosierną sprawiedliwość może zawsze liczyć grzesznik, który wzbudził w sobie szczerą skruchę".
Sam gniew Boży jest przejawem Bożego Miłosierdzia względem nas. "Wszystkie dzieła Moich Rąk są ukoronowane Miłosierdziem" - zapisała św. Faustyna w swoim "Dzienniczku" (Dz. 301). Tym samym należy nałożyć na obiegowe rozumienie Bożego Miłosierdzia podwójną korektę. Okazuje się, że łaska Bożego Miłosierdzia niekoniecznie odsuwa nas od cierpienia, choroby i porażki - to "korekta" w wymiarze jednostkowym. Okazuje się też, iż łaska ta może zostać nam udzielona również jako czas oczyszczenia, czas "Bożego gniewu", czas triumfu sprawiedliwości, czas wymierzania kary grzesznemu światu - to z kolei "korekta" w wymiarze społecznym, nawet globalnym. To dlatego Jan Paweł II mógł wołać: "Przekroczcie próg nadziei. To bowiem, co nas oczekuje, jest o wiele piękniejsze niż to, co przeżywamy obecnie i o wiele bardziej radosne niż wielka próba, jaką wszyscy będziemy musieli przeżyć i doświadczyć".
Chrystus zaprasza pod Krzyż
I jeszcze... Istnieje łaska najszczególniejsza - jest nią zaproszenie pod krzyż. "Program mesjański Chrystusa: program miłosierdzia, staje się programem Jego ludu, programem Kościoła. W samym centrum tego programu pozostaje krzyż, w nim bowiem objawienie się miłości miłosiernej osiąga swój szczyt. Dopóki 'pierwsze rzeczy' nie przeminęły, krzyż jest tym "miejscem", o którym można powtórzyć inne jeszcze słowa z Janowej Apokalipsy: 'stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną' (Ap 3, 20)" (DiM 8).
Bóg potrzebuje ludzi pod krzyżem Chrystusa. Zaprasza ich do udziału w doświadczeniu, które najpierw i w sposób najpełniejszy stało się udziałem Matki Najświętszej. "Maryja jest Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy - jak nikt inny - doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ofiara ta jest ściśle związana z krzyżem Jej Syna, u którego stóp wypadło Jej stanąć na Kalwarii. Ofiara ta stanowi swoisty udział w tym objawieniu się miłosierdzia, czyli bezwzględnej wierności Boga (...). Nikt tak jak Matka Ukrzyżowanego nie doświadczył tajemnicy krzyża..." (DiM 9).
Pełna odpowiedź na dar Bożego Miłosierdzia to przytulenie się do krzyża... Tak jak uczynił to Papież Polak.
Może właśnie po to Jan Paweł II musiał najpierw nauczyć się kroczyć maryjnymi drogami? By zapragnąć stanąć pod krzyżem?
Może dlatego, że dotarł "aż tam", możemy mówić o nim jako o proroku, w którym była obecna moc Boża, tak potężna, że orędzie o Bożym Miłosierdziu mogło bez przeszkód rozlać się na cały świat?
Może też po to Bóg wezwał go do siebie w wigilię Święta Miłosierdzia, by pokazać światu ten najważniejszy i najtrudniejszy wymiar bycia prorokiem - wymiar uczestnictwa w zbawczym krzyżu, na którym najpełniej objawiło się nieskończone Miłosierdzie Pańskie. I jego moc...
Wincenty Łaszewski
Dwanaście uczynków Miłosierdzia Jana Pawła II
"Kościół za swój naczelny obowiązek (...) musi uznać głoszenie i wprowadzanie w życie tajemnicy miłosierdzia objawionej do końca w Chrystusie" - napisał Papież w encyklice "Dives in misericordia" (p. 14). Kościół to każdy jego członek i każda tworząca go wspólnota. Kościół to także Jan Paweł II. On głosił światu tę tajemnicę miłosierdzia, żył nią i był jej świadkiem.
A jeśli prawdą jest, że "człowiek dociera do miłosiernej miłości Boga, do Jego miłosierdzia o tyle, o ile sam przemienia się wewnętrznie w duchu podobnej miłości w stosunku do bliźnich" ("Dives in misericordia", 14), to Papież "santo subito" - natychmiast święty - musiał zostać do końca przemieniony przez miłość miłosierną, potężniejszą od największego grzechu. I objawiła się ona w jego życiu. Jego uczynki miłosierdzia co do ciała i duszy były nie tyle wypełnieniem katechizmowego obowiązku, ile naśladowaniem Chrystusa - najpełniejszego objawienia Bożego Miłosierdzia. W nich wyrażała się cała nauka Jana Pawła II o Bożym Miłosierdziu. Przyglądając się im, widzimy naszego Papieża zwróconego twarzą ku wieczności. Bo we wszystkim, co czynił, stawiał sobie jeden cel: zbawienie naszych dusz. Tego nauczył go Chrystus, za to gotów był zapłacić każdą cenę. Zapatrzony w Chrystusa, który umarł za nas na krzyżu...
Pochylmy się dziś nad wielką katechezą miłosierdzia, jaką Jan Paweł II pozostawił nam w pełnionych przez siebie uczynkach miłosierdzia. Wpiszmy je w cyfrę dwanaście, do której zdaje się odwoływać Katechizm Kościoła Katolickiego - w symboliczną liczbę Apostołów, którzy rozeszli się po świecie, by prowadzić ludzi do zbawienia. Tak i Jan Paweł II na wszystkie apostolskie sposoby prowadził nas w stronę Domu Ojca.
Niech będzie to nasza cicha medytacja, chwila zadumy i modlitwy nad życiem Jana Pawła II. Niech stanie on przy nas, niech oczyści nasze rozważania z tego, co fałszywe. Niech wyprasza łaskę naśladowania Chrystusa z tą samą gorliwością, która towarzyszyła całemu jego życiu.
1. Jan Paweł II pouczał
Powiedziałeś, Ojcze Święty: "Umysłowość współczesna zdaje się sprzeciwiać Bogu miłosierdzia, a także dąży do tego, ażeby samą ideę miłosierdzia odsunąć na margines życia i odciąć od serca ludzkiego. Samo słowo i pojęcie 'miłosierdzie' jakby przeszkadzało człowiekowi" ("Dives in misericordia", 2)
Dodałeś: "Ukrzyżowany Jezus jest ikoną bezgranicznego miłosierdzia, jakie Bóg okazuje każdemu człowiekowi" (Środa Popielcowa, 25.02.1998 r.).
Byłeś Słowem Miłosiernego Pana, które przemawiało na wszystkich kontynentach. Zwracałeś się do wszystkich, by mówić im o Bogu i Królestwie. Gdy ludzie nie chcieli słuchać, pytałeś: Jakimi argumentami przemówić do ich serc? W swym poemacie napisałeś proroczo: "Słowo nie nawróciło, nawróci krew...".
Kiedy nie przemawiało słowo, w trzecim roku Twej posługi przemówiła krew. Kiedy odrzucano wszystkie argumenty, w piętnastym roku pontyfikatu sięgnąłeś po argument cierpienia. "Raz jeszcze muszę się spotkać z wielkimi tego świata i muszę mówić. Jakimi argumentami? Pozostał mi ten temat cierpienia...".
W ostatnich dniach życia pouczałeś milczeniem, przytulony do krzyża.
O czym? O tym, jak żyć.
Ojcze Święty, pokaż nam, jak żyć. Raz jeszcze zrób wobec nas ten uczynek miłosierdzia...
2. Jan Paweł II radził
Powiedziałeś, Ojcze Święty: "Wszystko, co Bóg chciał nam powiedzieć o sobie, o swojej miłości, to wszystko złożył w jakiś sposób w swym Sercu i przez to Serce wyraził. Stoimy wobec niezgłębionej tajemnicy. Poprzez Serce Jezusa odczytujemy cały odwieczny Boży plan zbawienia świata".
Dodałeś jeszcze: "A jest to plan miłości" (Elbląg, 6.06.1999 r.).
Kiedy ludzie pytali cię o radę, patrzyłeś im w oczy z dziwnym światłem. Twe słowa były proste, ale trudne. Mówiłeś o ślepych uliczkach zła, ale i o miłości potężniejszej niż grzech. Mówiłeś o zawierzeniu i jego niezwykłych owocach. Uczyłeś, jak przemienić świat Miłosierdziem. Opowiadałeś o Bożym planie względem nas, zachęcałeś, by wpisać w ten plan swoje życie. Radziłeś postawić na miłość. Miłość prawdziwą, która wiele wymaga. Ale nigdy nie przegra. Która jest zwycięska jak Krzyż.
Co nam ukazywałeś? By mieć odwagę iść pod prąd, wymagać od siebie, powiedzieć "nie" potędze tego świata, czynić miłosierdzie. Chciałeś, byśmy wybierali Boga, nie świat.
Ojcze Święty, zrób dziś wobec nas raz jeszcze ten uczynek miłosierdzia i poradź nam, w którą stronę pójść.
3. Jan Paweł II pocieszał
Mówiłeś, Ojcze Święty: " Moją misją jest budzić w ludziach - zwłaszcza w ludziach, którzy tego najbardziej potrzebują - pamięć o tym, że zostali stworzeni na obraz Boży. Moją misją jest głosić ludziom, nawet największym grzesznikom, że Bóg jest bogaty w miłosierdzie i że Jezus Chrystus najwięcej serca okazywał celnikom i jawnogrzesznicom. Jak dobrze wiemy, w odpowiedzi na miłość Jezusa celnicy i jawnogrzesznice zawierzali Mu samych siebie i odnajdywali nadzieję, nawet jeśli przedtem byli ogarnięci rozpaczą" (Płock, 7.07.1991 r.).
Wszędzie niosłeś nadzieję. Twa nauka, nawet ta będąca surowym upomnieniem, zawsze kończyła się światłem nadziei. Twe spojrzenie w przyszłość, choć najbliższa zdawała się mroczna, a nad głowami zbierały się ciemne chmury - zawsze było jasne i pogodne. Ludzie mówili o tobie: On wie, że świat nie zginie. On zapewnia, że ustąpi zło, że przyjdzie wiosna chrześcijaństwa, że powstanie cywilizacja miłości. Kiedy spadał na nas lęk przed przyszłością, przypominaliśmy sobie twe słowa i twoją spokojną twarz.
Nie bałeś się mówić: "Co przyniosą nam nadchodzące lata? Nie jest nam dane to wiedzieć. Jest jednak pewne, że obok kolejnych sukcesów nie zabraknie, niestety, także doświadczeń bolesnych". I od razu zapewniałeś: "Światło Bożego Miłosierdzia (...) będzie rozjaśniało ludzkie drogi w trzecim tysiącleciu".
Dziękujemy ci, Ojcze, że kiedy budzi się w nas lęk przed jutrem, możemy sobie przypomnieć twój uśmiech i zapewnienie: Odwagi! Nie bójcie się! Chrystus zwyciężył świat.
4. Jan Paweł II umacniał
Mówiłeś, Ojcze Święty: "Zawsze możemy z nową nadzieją wyruszyć w dalszą drogę. Miłość Boża znajduje najwyższy wyraz właśnie wtedy, kiedy niewdzięczny i grzeszny człowiek zostaje na powrót dopuszczony do pełnej wspólnoty z Nim" (Orędzie na Wielki Post, 2001 r.).
I wskazywałeś na Maryję: "Ona każdemu człowiekowi, niezależnie od warunków jego życia, przypomina, że Bóg go miłuje, że pragnie jedynie jego dobra i wspomaga go nieustannie" (Rozważanie przed modlitwą "Anioł Pański", 8.12.1999 r.).
Byłeś Ojcem dla każdego z nas. Wiedziałeś, że łatwo ustać w drodze, że wciąż upadamy, że są chwile, gdy nie czujemy się godni nosić imię dzieci Boga. Ale wtedy kazałeś nam powstawać i iść dalej. Zapewniałeś o miłości Boga i o tym, że On pragnie mieć nas przy sobie przez wieczność. Mówiłeś o ciążeniu zła, które jest przekleństwem każdego człowieka, i o tym, że Bóg daje łaskę, że jest cierpliwy, że wciąż wybacza, że kocha miłosierną miłością. Kazałeś czerpać siłę z Bożego Miłosierdzia, podnosić się i iść dalej. Gdy słabliśmy, wskazywałeś na Matkę. Wiedziałeś, że Ona jest umocnieniem w drodze, schronieniem przed złem, ucieczką przed grzechem.
Dziękujemy ci, Ojcze Święty, że dałeś nam Ją za Towarzyszkę drogi. Prosimy, zrób raz jeszcze wobec nas ten uczynek miłosierdzia, byśmy trwali mocni w wierze.
5. Jan Paweł II przebaczał krzywdy
Wołałeś, Ojcze Święty: "Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia - nie przestanę powtarzać tego upomnienia wszystkim, którzy z tego czy innego powodu żywią w sobie nienawiść, pragnienie zemsty, żądzę zniszczenia".
Przypominałeś: "Serce sprzeciwia się spontanicznemu instynktowi, by za zło odpłacić złem. Największą zachętą do takiego wyboru jest miłość Boga, który nas przygarnia mimo naszego grzechu. Decyzja taka bierze przykład z najwyższego wzoru Chrystusa, który modlił się na krzyżu: 'Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią'" (Orędzie na Światowy Dzień Pokoju, 1.01.2002 r.).
Mówiłeś do nas o przebaczeniu, którego konieczność ukazał nam Chrystus. Mówiłeś, że "przebaczenie świadczy o tym, że w świecie jest obecna miłość potężniejsza niż grzech". Byłeś tego świadkiem. I przemawiałeś do nas bardziej przykładem życia niż słowem nauczania. Gdy morderca wycelował w ciebie pociski niosące śmierć, nie był w stanie zranić twego serca pełnego miłości potężniejszej niż grzech. Powiedziałeś: "Przebaczyłem mojemu bratu, który mnie zranił". Choć nie okazał skruchy, nie wyciągnął ręki, nie powiedział "żałuję", ty chciałeś mu przebaczyć. Chciałeś przebaczyć bez stawiania jakichkolwiek warunków. Przebaczyć bez poczucia wyższości. Po prostu dać głos swojemu sercu, w którym mieszkał Bóg. Przebaczyć jak Chrystus.
Ucz nas, Ojcze Święty, przebaczać krzywdy wyrządzone przez naszych braci. Niech w naszym sercach zamieszka miłość potężniejsza niż grzech. Niech przekona nas twoje Chrystusowe świadectwo!
6. Jan Paweł II krzywdy cierpliwie znosił
Powiedziałeś: "Chrystus ukrzyżowany jest dla nas potężnym wzorem, natchnieniem, wezwaniem. W oparciu o ten przejmujący wzór możemy z całą pokorą okazywać miłosierdzie drugim..." ("Dives in misericordia", 14).
Mówiłeś: "Nie jest łatwo miłować miłością głęboką, która polega na autentycznym składaniu daru z siebie. Tej miłości można nauczyć się jedynie wnikając w tajemnicę miłości Boga. Wpatrując się w Niego, jednocząc się z Jego ojcowskim sercem, stajemy się zdolni patrzeć na braci nowymi oczyma..." (Kanonizacja św. Siostry Faustyny, 30.06.2000 r.).
Byłeś świadkiem miłości, która jest uczestnictwem w krzyżu Zbawiciela. Nie uciekałeś od cierpienia, byłeś gotowy je przyjąć, by jeszcze doskonalej zjednoczyć się z Odkupicielem i nadać mu wymiar zbawczy. Wszystko cierpliwie znosiłeś, także krzywdy, jakich doznawałeś od ludzi. Nie broniłeś się, nie tłumaczyłeś, nie skarżyłeś się. Gdy cię bolało, uciekałeś się do Jezusa i Jego Matki. Tak było, kiedy w 1993 r. nasz Naród skrzywdził cię, odwracając się plecami od głoszonej przez ciebie katechezy o przykazaniach. Znosiłeś to cierpliwie i nie przestałeś kochać swego ludu. To wielka sztuka: z doznanej krzywdy uczynić narzędzie miłosierdzia względem tego, kto zadał ból.
Może twoje cierpliwe znoszenie krzywd, które wyrządził ci twój własny Naród, zaowocuje w nas pragnieniem powrotu do nauk, które odrzuciliśmy, myśląc o doczesnym sukcesie i o wolności, która nie daje Bogu prawa do zamieszkania w naszych sercach?
Powtórz wobec nas ten uczynek miłosierdzia i wyproś nam łaskę powrotu do głoszonej przez ciebie Ewangelii.
7. Karmił głodnych
Mówiłeś: "Istnieje jakaś głęboka wada, albo raczej cały zespół wad, cały mechanizm wadliwy, u podstaw współczesnej ekonomii" ("Dives in misericordia", 11).
Mówiłeś: "Mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej Hostii i Kielichu, w których czas i przestrzeń jakby skupiają się, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą teraźniejszość. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję" (Wielki Czwartek, 2003 r.).
Byłeś świadom zła, które opanowało współczesny świat. Wielokrotnie apelowałeś o usunięcie powiększającego się stanu nierówności pomiędzy ludźmi i ludami. Taki obraz świata uważałeś za źródło niepokoju współczesnego człowieka. "W głębokim odczuciu niepokój ten sięga dalej od wszystkich środków zaradczych. Jest to niepokój związany z samym sensem istnienia człowieka".
Chciałeś więc przynieść ludziom pokój - owoc miłosierdzia. Pochylałeś się nad głodnymi, ale pamiętałeś też, że nie samym chlebem żyje człowiek, że przede wszystkim trzeba dać ludziom pokarm na życie wieczne. Dlatego karmiłeś nas Eucharystią. Uczyłeś, że człowiek zagubiony, osamotniony i osaczony przez grzech tam właśnie może odnaleźć sens życia, pokój i prawdziwą radość. Sakramentalna Obecność Zbawiciela jawiła się dla ciebie jako esencja świata. Uczyłeś, że tu znaleźć można odpowiedź na wszystkie pytania i zaczerpnąć siłę potężniejszą od wszystkich mocy tego świata.
Ojcze Święty, uczyń wobec nas ten uczynek miłosierdzia i zaspokajaj naszą wieczną tęsknotę, aby stanąć blisko Boga.
8. Bezdomnym dawał dach
Powiedziałeś: "Miłosierdzie samo w sobie, jako doskonałość nieskończonego Boga, jest również nieskończone. Nieskończona więc i niewyczerpana jest też gotowość Ojca w przyjmowaniu synów marnotrawnych wracających do jego domu".
Mówiłeś: "Ta właśnie miłosierna miłość, która potwierdza się nade wszystko w zetknięciu ze złem moralnym i fizycznym, stała się w sposób szczególny udziałem serca Tej, która była Matką Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego - udziałem Maryi. [Ona ma] szczególną zdolność docierania do wszystkich, którzy tę właśnie miłość miłosierną najłatwiej przyjmują od strony Matki" ("Dives in misericordia", 9).
Dla ciebie najważniejsze było wprowadzać ludzi pod dach domu Ojca. Byłeś pasterzem, który czynił wszystko, by jak najwięcej nas zamieszkało na wieczność pod dachem Boga. Najbardziej bolało ciebie to, że wielu idzie na zatracenie, że - jak mówił jeden z hiszpańskich teologów - pozostaną na zawsze bezdomni. O nich troszczyłeś się najbardziej. Każdego ranka leżałeś krzyżem, błagając o miłosierdzie dla nich. Ilu tym "bezdomnym" dałeś dach? Może to Twój największy cud.
Solidaryzowałeś się z bezdomnymi - duchowo i fizycznie. Z tymi ostatnimi jednoczyłeś się nie tylko poprzez modlitwę, ale i w sposobie życia. Kardynał Ruini mówił o Tobie: "To człowiek, który żył w ubóstwie, spontanicznie, w niewymuszony sposób. Zdawało się, że nie potrzebuje niczego, był całkowicie poza światem pieniędzy i posiadania". Dziś chyba najbardziej wymowny jest ten znak: pokój, w którym odchodziłeś, by zamieszkać pod dachem Domu Ojca. Ten "ciemny pokój Papieża", którego wygląd krytykowano, bo nie rozumiano, że dla Ciebie jego ponury wygląd był symbolem odcięcia się od bogactwa, luksusu, wygody. To był Twój wybór. Przepych zaś, który Cię otaczał, to był Twój krzyż. Chciałeś być wśród biednych, być jednym z nich.
Dziękujemy Ci za ten znak, tak potrzebny w świecie, który wychwala bogactwo i gardzi ubóstwem.
9. Jan Paweł II nagich przyodziewał
Mówiłeś: "Cierpiący człowiek jest drogą Kościoła, bowiem jest on przede wszystkim drogą samego Chrystusa, miłosiernego Samarytanina, który 'nie mija go', ale 'wzrusza się głęboko, podchodzi do niego, opatruje mu rany (...) i pielęgnuje go'" ("Christifideles Laici").
Przypominałeś: "Miłosierdzie jest nieodzownym wymiarem miłości, jest jakby drugim jej imieniem, a zarazem właściwym sposobem jej objawiania się i realizacji wobec rzeczywistości zła, które jest w świecie, które dotyka i osacza człowieka, które wdziera się również do jego serca i może go 'zatracić w piekle'" ("Dives in misericordia", 7).
Gdy Adam i Ewa zgrzeszyli, ujrzeli, że są nadzy, w zawstydzeniu próbowali ukryć się przed Bogiem. Ale Bóg ich szukał, by na nowo odziać ich w szatę łaski. Ty też nas szukałeś, by "nagich przyodziać". Gdy mówiłeś o "konieczności bezkompromisowej obrony godności ludzkiej", miałeś na myśli przede wszystkim naszą godność nadprzyrodzoną, nasze bycie dziećmi Bożymi, nasze bycie umiłowanymi przez Boga. O tym wciąż na nowo mówiłeś w swych katechezach, o to modliłeś się każdego dnia. Chciałeś, by ludzie nie byli nadzy, by pojednali się z Bogiem i otrzymali od Niego godową szatę.
Ilu z nas ubrałeś w szatę łaski? Wystarczy sięgnąć do ksiąg pamiątkowych wyłożonych po Twoim odejściu. Tak wielu ludzi odnalazło dzięki Tobie swój "strój weselny", tak wielu przywróciłeś godność.
Apelowałeś, by ten, kto przyjął szatę łaski, już jej nie porzucał. Tyle razy przypominałeś, że nie możemy godzić się na żadne moralne kompromisy. Tłumaczyłeś, że jeśli nie żyjemy w nieprzyjaźni z szatanem, nie staniemy blisko źródła łaski. Chrześcijanin, który hołduje wartościom tego świata, jest człowiekiem, który prędzej czy później ujrzy swą nagość. Dlatego prosiłeś: żyjcie łaską, szukajcie Boga, nie ulegajcie pokusie odwrócenia się od swego Stwórcy.
Potrzebny nam dziś, Ojcze Święty, twój dziewiąty uczynek miłosierdzia. Odziej nas w szatę łaski, abyśmy nie byli nadzy i nie uciekali od Boga.
10. Jan Paweł II chorych i więźniów nawiedzał
Mówiłeś, Ojcze Święty: "Chrystus cierpi z nami, pozwalając nam dzielić z Nim nasze cierpienia. Zjednoczone z cierpieniem Chrystusa, ludzkie cierpienie staje się środkiem zbawienia. Oto dlaczego człowiek wierzący może powiedzieć za św. Pawłem: 'Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony dopełniam niedostatki udręk Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół' (Kol 1, 24). Cierpienie, przyjmowane z wiarą, staje się jakby bramą wprowadzającą w tajemnicę odkupieńczego cierpienia Chrystusa. Takie cierpienie nie odbiera już pokoju i szczęścia, bo opromienia je blask zmartwychwstania" (Orędzie do chorych, 2004).
Szedłeś w swej posłudze do ludzi chorych. Nigdy nie straciłeś okazji, by podejść do człowieka dotkniętego cierpieniem. Wiedziałeś, że w jego bólu kryje się moc zdolna zmienić świat. Dlatego błagałeś ludzi chorych i starych, by jednoczyli swe cierpienia z Chrystusem, by nadali im wymiar zbawczy i w ten sposób ratowali świat. Prosiłeś, by swym cierpieniem pomagali ci w twej trudnej posłudze zbawienia. Ale w przypadku jednej choroby nie mówiłeś o potędze cierpienia połączonego z cierpieniem Chrystusa. Mówiłeś, że jest jedna choroba, której nie można nadać zbawczego sensu. To choroba grzechu. Nad nią też pochylałeś się, ale nie po to, by wskazać na jej sens, lecz aby nieść uzdrowienie. Szedłeś do ludzi dotkniętych chorobą grzechu i więźniów nałogów, by obdarzyć ich wolnością. W oczach wielu ludzi ta choroba jest nieuleczalna, ale ty niosłeś im dobrą nowinę. Mówiłeś im o mocy Bożego Miłosierdzia.
Szedłeś do chorych na grzech i nałóg, by nieść im dar zdrowia. Wzywałeś ich do przyjęcia daru miłości miłosiernej, która leczy i uzdrawia. Twa ostatnia pielgrzymka maryjna do Lourdes była nie tylko spotkaniem z chorymi i cierpiącymi, ale także wyjściem ku ludziom okaleczonym przez grzech. Wskazałeś im na Niepokalaną Matkę i dałeś im Maryję jako Tę, która gdy przygarnie, to odsunie od grzechu tak daleko, że ten już ludzkiego serca nie dotknie.
Ojcze Święty, dziękujemy za ten wspaniały uczynek miłosierdzia, który do dziś zmienia nasze życie.
11. Jan Paweł II grzebał umarłych
Mówiłeś: "W mocy tej miłości miłosiernej stale jesteśmy wzywani 'z ciemności do prawdziwego... światła', aby stawać się Ludem Bożym: wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, 'narodem powołanym do świętości'" (Szczecin, 11.06.1987 r.).
Modliłeś się: "O Maryjo, Jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: Spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat (...) starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość. Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia" ("Evangelium vitae", 105).
Przypominałeś, że Bóg mówi: "Nie zabijaj!", i że to przykazanie jest podstawową zasadą wpisaną w sumienie człowieka. Chciałeś, aby każdy człowiek żył w świetle Bożej Miłości, więcej - by żył w niej na wieki. Największy ból niosła Ci świadomość, że wielu ludzi idzie na potępienie, że wybiera wieczną śmierć. Byłeś gotów uczynić wszystko, by ratować ich przed zgonem dla wieczności. Mówiłeś, że nie ma sprawy ważniejszej niż zbawienie dusz. Byłeś gotów stać się żertwą całopalną za grzeszników.
Cierpiałeś, widząc, że współczesny świat opanowuje cywilizacja śmierci, że już nie tylko poszczególni ludzie wybierają śmierć wieczną, ale że propagują ją nawet struktury, w których żyje współczesny człowiek. Ileż modlitw zaniosłeś w intencjach tych, którzy są odpowiedzialni za aborcję i eutanazję! Ile bólu było w tobie! Dałeś światu jako Patronkę Brzemienną Maryję z Guadalupy. Jej zawierzyłeś los zabitych w łonie matek. Ją prosiłeś o jeszcze jedną szansę dla zabijających dzieci. O nawrócenie, nim ich grzech sprowadzi śmierć na świat... Wołałeś: "Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości". Wiedziałeś, że nie ma dla świata przyszłości...
Przypominaj nam, Ojcze Święty, że Bóg miłuje życie. Nie zaprzestawaj upominać nas z Nieba swymi uczynkami miłosierdzia względem zabijanych dzieci. Niech świat odnajdzie przyszłość.
12. Dziś Jan Paweł II przyzywa miłosierdzie
Mówiłeś: "Święta Maryja (...) zabrana do niebieskiej chwały nie zaniechała zbawczej opieki nad braćmi Chrystusa, ale troszcząc się o ich wieczne zbawienie pozostaje Szafarką miłosierdzia i Królową miłości (Góra Świętej Anny, 21.06.1983 r.).
Mówią, że niełatwo było Papieżowi pełnić uczynki miłosierdzia. Może rzeczywiście Jan Paweł II nie mógł rozdawać chleba głodnym, nie mógł przygarnąć bezdomnych ani przyodziać nagich. A jednak jest Papieżem Miłosierdzia! Pełnione przez niego miłosierdzie było "większe" niż potrzeby doczesne. Dotknęło naszej wieczności i zmieniło życie wielu idących ku przekleństwu piekła.
Ojcze Święty! Twoją najważniejszą posługą była modlitwa - wielkie wołanie o miłosierdzie dla świata całego. Codziennie przyzywałeś nad nami Bożej mocy, zdolnej zmienić nasze serca. I zmieniałeś świat.
Dziś jesteś w Niebie, zabrany do niebieskiej chwały. Wpatrzony w Maryję, której oddałeś się bez reszty, naśladuj Ją w pełnieniu miłosierdzia wobec nas, zagubionych, nagich, głodnych. Nie przestawaj troszczyć się o nasze zbawienie!
I prosimy: Pomóż nam wyruszyć naprzód, w lepszą przyszłość, twoimi ścieżkami miłosierdzia. Daj nam pamiętać o wieczności. Pomóż nam przyjąć do serca twoje wołanie: "Dzisiejszy człowiek potrzebuje waszego głoszenia miłosierdzia; potrzebuje waszych dzieł miłosierdzia i potrzebuje waszej modlitwy o miłosierdzie. Nie zaniedbujcie żadnego z tych wymiarów apostolstwa" (Łagiewniki, 7.07.1997 r.).
Wincenty Łaszewski
Ostatnia pielgrzymka Jana Pawła II
Z życia do Życia
Trzy lata temu uczestniczyliśmy w jednej z najważniejszych katechez pontyfikatu Jana Pawła II. Podczas niej Ojciec Święty przypominał światu, że każde cierpienie ma sens i żadne nie przechodzi bez śladu, jeśli jego prawdziwy wymiar zakorzeniony jest w nadziei, która wykracza poza ziemskie doświadczenie człowieka. Podczas tej katechezy Papież z Polski udowodnił ludzkości, że Bóg nie tylko jest w stanie pomóc człowiekowi przeżywać własne cierpienie jako prawdziwe dobro, ale także wzbudzać z niego zbawcze owoce dla całego świata...
"Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz" (J 21, 18). To zapisane w Ewangelii św. Jana słowa, które Chrystus skierował do św. Piotra zaraz po tym, jak powierzył mu władzę pasterską nad całym Kościołem. Ich echo zabrzmiało 1 lutego 2005 roku, gdy z ostrym zapaleniem krtani i tchawicy oraz duszącym kaszlem Jana Pawła II przewieziono do polikliniki im. Agostino Gemelli...
W niedzielę, 6 lutego 2005 roku, Papież nie mógł przewodniczyć tradycyjnej modlitwie "Anioł Pański" na placu Świętego Piotra. Zgromadzonym tam wiernym udzielił błogosławieństwa ze szpitalnego okna.
Papieski pobyt w szpitalu nie trwał długo. 10 lutego 2005 roku Ojciec Święty opuścił klinikę i powrócił do Watykanu. "Najdrożsi Bracia i Siostry, witajcie!" - powiedział z radością w niedzielę, 13 lutego, do kilku tysięcy wiernych zgromadzonych na placu św. Piotra, wywołując wśród nich ogromny aplauz.
Jedenaście dni później Ojciec Święty ponownie znalazł się w rzymskiej klinice im. Agostino Gemelli. Jak się okazało, choroba Parkinsona osłabiła mięśnie aparatu oddechowego, utrudniając oddychanie. Lekarze zalecili zabieg tracheotomii. Jan Paweł II przyjął i to cierpienie z pokorą i świadomością, że tak oto rozpoczął się jeden z najtrudniejszych etapów jego misji.
Totus Tuus
W niedzielę, 27 lutego 2005 ro ku, Papież z Polski uczestniczył w modlitwie "Anioł Pański" na ekranie telewizora ustawionego w jego szpitalnym apartamencie. W swoim przesłaniu, które tego dnia na placu św. Piotra odczytał ks. abp Leonardo Sandri, Ojciec Święty napisał:
"Drodzy bracia i siostry, raz jeszcze zwracam się do was z kliniki Agostino Gemelli. Dziękuję wam za miłość i odczuwam waszą duchową bliskość. Myślę o was, zebranych na placu św. Piotra, przybyłych pojedynczo i w grupach, oraz o wszystkich tych, którzy we wszystkich stronach świata okazują zainteresowanie moją osobą. Proszę was, byście nadal towarzyszyli mi nade wszystko swoją modlitwą.
Pokutna atmosfera Wielkiego Postu, który przeżywamy, pomaga nam lepiej zrozumieć również wartość cierpienia, które, w ten czy inny sposób, dotyka każdego. Patrząc na Chrystusa i postępując za Nim z cierpliwą ufnością, jesteśmy w stanie pojąć, że wszelka ludzka postać boleści zawiera w sobie Bożą obietnicę zbawienia i radości. Pragnę, aby to orędzie pocieszenia dotarło do wszystkich, a szczególnie do tych, którzy przeżywają trudne chwile, którzy cierpią na ciele i na duszy.
Wobec Maryi, Matki Kościoła, ponawiam moje zawierzenie: Totus Tuus! Niechaj w każdym momencie życia pomaga nam Ona wykonywać świętą wolę Boga...".
Witam Wadowice!
28 lutego Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej wydało komunikat potwierdzający, iż Jan Paweł II powoli wraca do zdrowia. Wkrótce do świata dotarły również informacje, że w szpitalu zaczął przyjmować gości.
Niedziela, 6 marca - na placu Świętego Piotra kolejna modlitwa "Anioł Pański" bez fizycznej obecności Papieża, który pojawił się tam dzięki łączom telewizyjnym. Po zakończeniu modlitwy na placu pokazał się jednak w oknie kliniki Gemelli i pobłogosławił licznie zgromadzonych pod szpitalem wiernych.
Komunikat wydany następnego dnia przez Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej potwierdza, że "ogólny stan zdrowia Ojca Świętego ulega dalszej poprawie". Nikogo więc nie dziwił fakt, że w środę, 9 marca, przed polikliniką im. Agostino Gemelli zgromadzili się pielgrzymi. Papież nie zawiódł ich oczekiwań i w porze audiencji generalnej pojawił się na moment w oknie szpitala, udzielając im błogosławieństwa.
Podobnie jak w poprzednie dwie niedziele, również 13 marca modlitwę "Anioł Pański" na placu Świętego Piotra poprowadził ks. abp Leonardo Sandri, substytut sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, który odczytał papieskie przesłanie. Także tym razem Ojciec Święty uczestniczył w modlitwie w swym pokoju szpitalnym. Jednak na zakończenie modlitwy ukazał się w oknie szpitalnego pokoju. "Witam Wadowice" - powiedział po polsku ku zaskoczeniu lekarzy i ogromnej radości zgromadzonych przed kliniką pielgrzymów z Polski.
13 marca 2005 roku nie tylko dla Ojca Świętego był dniem szczególnym. Bo oto po 18 dniach pobytu w klinice, w której przeszedł zabieg tracheotomii, wieczorem mógł powrócić do Pałacu Apostolskiego. Tłumy wiernych pozdrawiały Papieża na trasie przejazdu do Watykanu, którą przemierzał mikrobusem.
Trzy dni później, pomimo odwołanej audiencji generalnej, na placu Świętego Piotra zgromadziło się kilkuset pielgrzymów. I tym razem się nie zawiedli. Jan Paweł II ukazał się w oknie swego apartamentu i udzielił im swego błogosławieństwa.
Ofiara milczenia
Wielki Tydzień był dla Ojca Świętego również tygodniem wielkiego cierpienia. 20 marca 2005 roku, po raz pierwszy od 26 lat, Jan Paweł II nie mógł przewodniczyć liturgii Niedzieli Palmowej. Jednak tuż po niej Ojciec Święty ukazał się w oknie swego apartamentu i w milczeniu trzymaną w ręku palmą pobłogosławił zgromadzonych na placu Świętego Piotra wiernych.
"To przymusowe milczenie Papieża jest ofiarą, stanowi upokorzenie, na które należy patrzeć z szacunkiem" - powiedział o. Raniero Cantalamessa w wywiadzie dla włoskiego dziennika "Avvenire". Kaznodzieja Domu Papieskiego porównał owo milczenie z milczeniem Jezusa, który "po trzech latach przemawiania i przepowiadania Królestwa Bożego w ostatnim tygodniu zamilkł". "Kto z nas ośmieliłby się powiedzieć, że ostatni tydzień Jezusa był dla świata bezowocny? Byłoby to bluźnierstwem, ponieważ właśnie w tym tygodniu uczynił rzeczy dla świata najważniejsze..." - stwierdził o. Cantalamessa.
Papież z Polski nigdy nie epatował swoim cierpieniem, ale też nigdy go nie krył. W pełnym zaufaniu Chrystusowi przyjmował je i "mierzył się" z nim. Nieraz dramatycznie, na oczach milionów, jak choćby w Wielką Środę, 23 marca, gdy audiencja generalna została odwołana. Również tego dnia pojawił się w oknie Pałacu Apostolskiego i pobłogosławił wiernych. Wywołał ogromną radość zgromadzonych na placu, choć nie wypowiedział ani jednego słowa...
W Wielki Czwartek Mszy św. Wieczerzy Pańskiej w bazylice watykańskiej przewodniczył ks. kard. Alfonso López Trujillo. Jan Paweł II, choć bardzo chciał uczestniczyć w liturgii upamiętniającej ustanowienie Eucharystii, mógł jedynie oglądać jej przebieg za pośrednictwem telewizji w swym pokoju.
W Wielki Piątek nabożeństwu Męki Pańskiej w bazylice watykańskiej przewodniczył ks. kard. James Stafford. Papież z Polski był fizycznie nieobecny również w rzymskim Koloseum podczas tradycyjnej Drogi Krzyżowej. Uczestniczył w niej w swojej prywatnej kaplicy w Pałacu Apostolskim, śledząc przebieg nabożeństwa na ekranie telewizora. Przy XIV stacji poprosił o krzyż. Wziął go w dłonie, przytulił do piersi i oparł o niego swoją naznaczoną już wtedy wielkim bólem twarz. Jakby chciał raz jeszcze przypomnieć, że Chrystus nie przyszedł na świat, by pozbawić człowieka krzyża, ale by człowiek miał odwagę podjąć krzyż i z nim odnieść zwycięstwo...
W przesłaniu odczytanym na zakończenie Drogi Krzyżowej Ojciec Święty napisał: "Drodzy bracia i siostry, duchowo jestem z wami w Koloseum - miejscu, które budzi we mnie wiele wspomnień i emocji, aby wypełnić jakże wymowny obrzęd Via Crucis w ten wieczór Wielkiego Piątku. (...) Adoracja Krzyża odsyła nas do zadania, od którego nie wolno się nam wymówić: misji, którą św. Paweł wyraził w tych słowach: W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1, 24). Ja także ofiarowuję me cierpienia, aby wypełnił się plan Boży, a Jego słowo szło między ludzi. Ze swej strony jestem bliski tym wszystkim, którzy w tej chwili doświadczają cierpienia. Modlę się za każdego z nich...".
Triduum Paschalne 2005 roku było pierwszym podczas tego pontyfikatu bez fizycznej obecności Jana Pawła II. Ileż musiało kosztować Papieża zrezygnowanie z udziału w tych wielkich wydarzeniach Kościoła, których nigdy wcześniej nie opuścił...
Ostatnie spotkanie
W Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego Ojciec Święty sprawował Eucharystię w swojej prywatnej kaplicy w Pałacu Apostolskim. Na zakończenie uroczystości na placu Świętego Piotra ukazał się jednak w oknie swojej prywatnej biblioteki, by udzielić błogosławieństwa "Miastu i Światu". Gdy usiłował wypowiedzieć słowa błogosławieństwa, głos odmówił mu posłuszeństwa. Cały świat mógł zobaczyć ogromną determinację Papieża, by choć w kilku słowach dotrzeć do zgromadzonych na placu Świętego Piotra, a za pośrednictwem radia i telewizji do wiernych na całym świecie. Nie udało mu się wypowiedzieć ani słowa. Ale językiem cierpienia i miłości przemawiał do każdego człowieka dobrej woli, który tego dnia patrzył na jego drżącą przy błogosławieństwie dłoń i spowitą wielkim bólem twarz...
W Poniedziałek Wielkanocny po raz pierwszy w czasie pontyfikatu Jana Pawła II na placu Świętego Piotra nie odmówiono modlitwy maryjnej "Regina caeli". Tego dnia okno papieskiego apartamentu pozostało zamknięte.
W środę, 30 marca, pomimo odwołanej audiencji generalnej, na placu Świętego Piotra ponownie zgromadziły się rzesze pielgrzymów. Tym razem Ojciec Święty pojawił się w oknie swego apartamentu, choć nie był w stanie nic powiedzieć. Uniósł jeszcze ręce, by po raz ostatni z okien Pałacu Apostolskiego pobłogosławić "Miastu i Światu". Nad zgromadzonymi na placu wiernymi kilkakrotnie uczynił znak krzyża. Jak się okazało, było to ostatnie spotkanie Jana Pawła II z wiernymi podczas jego ziemskiej pielgrzymki...
Tego dnia przez cały świat przebiegł dreszcz niepokoju, zwłaszcza że wydany wieczorem komunikat Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej oznajmił pogorszenie się stanu zdrowia Jana Pawła II.
Następnego dnia Ojciec Święty doznał ataku silnych dreszczy. Temperatura wzrosła do 39,6 stopnia. Był to początek ciężkiego szoku septycznego połączonego z zapaścią kardiologiczną, wywołanych infekcją dróg moczowych. Natychmiast podjęte zostały wszystkie odpowiednie działania terapeutyczne. Na miejscu udzielono pomocy kardiologicznej oraz oddechowej. Opiekujący się nim lekarze zasugerowali ponowną hospitalizację. Jednak tym razem Jan Paweł II nie chciał, by zabierano go do szpitala. Chciał pozostać w domu, który był nie tylko miejscem jego pracy, ale i Piotrowej posługi. Tutaj też świadomie pragnął przygotować się na ostateczne spotkanie ze swoim Panem i Mistrzem.
Gdy po południu Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej podało pierwsze informacje o pogorszeniu się stanu zdrowia Ojca Świętego, na placu św. Piotra w Rzymie zaczęli gromadzić się ludzie. Tego wieczoru w intencji Jana Pawła II modlono się nie tylko we wszystkich kościołach rzymskich. Tego wieczoru, gdy ludzkość padła na kolana, świat się zmienił...
Drugi Wielki Piątek
Nazajutrz, w pierwszy piątek miesiąca, Ojciec Święty znalazł jeszcze siły, by w łóżku koncelebrować Eucharystię, której w jego pokoju przewodniczył ks. abp Stanisław Dziwisz. Potem, z racji piątku, poprosił o odprawienie nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Z uwagą słuchał rozważań, czyniąc znak krzyża przy każdej stacji. Odmówił także część brewiarza.
Tego dnia Jan Paweł II podpisał również ostatni dokument. Był nim "List z okazji 350. rocznicy cudownej obrony Klasztoru Jasnogórskiego", w którym napisał między innymi: "Klękając przed obliczem Jasnogórskiej Królowej, modlę się, aby mój naród, przez wiarę w Jej niezawodną pomoc i obronę, odnosił zwycięstwo nad wszystkim, co zagraża godności ludzkiej i dobru naszej Ojczyzny. Polecam Jej macierzyńskiej opiece Kościół na ziemi polskiej, aby przez świadectwo świętości i pokory zawsze umacniał nadzieję na lepszy świat w sercach wszystkich wierzących".
Dla całego Kościoła był to jakby drugi Wielki Piątek. Miliony ludzi na całym świecie trwały na modlitwie niezależnie od pory dnia i nocy. Powoli nabierali przekonania, że uczestniczą w przedziwnym misterium cierpienia Jana Pawła II. Z tego cierpienia na oczach wszystkich rodziła się przedziwna więź między ziemią a Niebem.
Niemal cały świat modlił się o zdrowie Papieża, który zwyciężył komunizm, skruszył władzę totalitarnych systemów i przywrócił nadzieję niezliczonym rzeszom mieszkańców ziemi.
Cały świat stanął u boku cierpiącego Papieża, który zawsze był najbliżej chorych, a swoją szczególną miłość do ludzi cierpiących traktował jako jeden z najważniejszych elementów swojej służby. Papieża, który na drodze swej pielgrzymki zatrzymywał się niemal przy każdym wózku inwalidzkim, a dla ludzi dotkniętych kalectwem zawsze miał przepełnione nadzieją słowa i pełne miłości gesty...
W owym czasie, gdy Papież z Polski składał Bogu swoje cierpienia w ofierze za Kościół i ludzkość, ludzkość jakby się zjednoczyła. Jakby na nowo zrozumiała nie tylko sens przepowiadania Papieża z Polski, ale i moc jego miłości. Wyglądało to jak dotknięcie Ducha Świętego, tak silnie odczuwane w sercach ludzi na wszystkich krańcach świata. Bo któż inny obudził to fascynujące poczucie solidarności? Kto kazał zapełnić kościoły i całe noce trwać na modlitwie?
Po tym, jak Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej poinformowało, że stan Ojca Świętego jest bardzo poważny, plac św. Piotra okazał się zbyt mały, by pomieścić tę ogromną rzeszę ludzi przybyłych tam na modlitwę. Tego samego dnia wieczorem opublikowało kolejny komunikat, w którym ogłosiło, że oddech Papieża stał się płytki, spadło ciśnienie krwi, a funkcjonowanie narządów wewnętrznych uległo radykalnemu pogorszeniu. Informacja natychmiast obiegła cały świat. Plac Świętego Piotra zapełnił się niemal do ostatniego miejsca. Gdy zapadł zmierzch, modliło się tu już około sześćdziesięciu tysięcy wiernych.
Do Domu Ojca
W wywiadzie dla włoskiego tygodnika "Familia Cristiana" ks. abp Stanisław Dziwisz wyznał: "To było popołudnie 2 kwietnia. Sytuacja pogarszała się z każdą minutą, a lekarze rozważali hipotezę następnej interwencji terapeutycznej. W pewnym momencie Papież, który był ewidentnie świadomy i zrozumiał ich rozmowę, dał znak, że nadeszła pora oczekiwana od zawsze, i zmęczonym, ale zrozumiałym głosem powiedział: "Pozwólcie mi odejść do domu Pana".
Tego dnia byłem już na placu Świętego Piotra. Gdy pierwszy raz zobaczyłem tę zamkniętą monumentalnymi skrzydłami kolumnady Berniniego ogromną rzeszę ludzi różnych narodów, dreszcz przeszedł mi po plecach. Nigdy nie zapomnę widoku tych tysięcy osób wpatrzonych w okna pokoju na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego...
Tysiące młodych ludzi przybyło tu wyłącznie dla tego Człowieka, który przez niemal dwadzieścia siedem lat zawsze i wszędzie wychodził im naprzeciw. W tym czasie, gdy na placu śpiewał ich wielki chór miłości, na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego, z dala od wścibskich kamer światowego cyrku konkurujących ze sobą telewizji, żegnali Jana Pawła II najbliżsi...
"W tych ostatnich chwilach, gdy byliśmy przy nim, widzieliśmy, że śmierć była dla niego jakby przejściem z jednego pokoju do drugiego, z jednego życia w drugie. W tych dniach słychać było wszystko: plac, modlitwy, śpiewy, okrzyki, obecność młodzieży. On zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ był przytomny do końca, prawie do końca..." - stwierdził ks. abp Stanisław Dziwisz.
"W tych ostatnich godzinach jego życia w domu panował ogromny spokój: On wiedział, że jego przeznaczeniem był Pan. Żadnego lęku, wielki spokój. Ostatniego dnia poprosił, by całymi godzinami czytano mu Ewangelię. Ostatniego dnia ktoś z nas czytał Ewangelię według świętego Jana, po czym odprawiliśmy Mszę św., ponieważ przyszła nam do głowy natchniona myśl: odprawić Mszę ku czci Bożego Miłosierdzia, nadchodziły bowiem sobota i niedziela Miłosierdzia Bożego" - powiedział ks. abp Stanisław Dziwisz.
Mniej więcej w tym samym czasie, na placu Świętego Piotra ks. kard. Edmund Szoka rozpoczął modlitwę różańcową. Poprosił zgromadzonych, by tą modlitwą wsparli Ojca Świętego w jego "ostatniej podróży". Widziałem, jak ludzie płakali. Ja bynajmniej nie byłem już w stanie się skupić... Podczas tej modlitwy raz po raz spoglądałem na okno papieskiej sypialni na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego. Nie wiem dokładnie, która była to godzina, gdy spostrzegłem, jak zabłysło tam światło... Na placu Świętego Piotra wciąż jednak trwała modlitwa i nie było widać żadnych objawów napięcia czy niepokoju. Nie zauważyłem podchodzącego do mikrofonu ks. abp. Leonardo Sandriego i być może dlatego jego słowa spadły na mnie niespodziewanie: "Najdrożsi bracia i siostry, o 21.37 nasz ukochany Ojciec Święty wrócił do Domu Ojca. Módlmy się za niego...". W tym momencie całym placem wstrząsnęła potężna burza oklasków. Po nich zaś zapadła głęboka i przejmująca cisza. Nie zapomnę tego nigdy. Otoczone kolumnadą Berniniego rzesze ludzi jakby zamarły w bezruchu. Nie sposób opisać tak wielkiego zgromadzenia stojącego w tak absolutnej ciszy. Wrażenie było wstrząsające...
Widziałem, jak ludzie wokół płakali. Ale z pewnością nie był to objaw rozpaczy. Być może - choć zabrzmi to paradoksalnie - płakali z wdzięczności? Chociażby dlatego, że w owe dni uczestniczyli w jednej z najważniejszych katechez tego pontyfikatu. Podczas tej katechezy Papież z Polski pokazał, że dla prawdziwego chrześcijanina śmierć nie jest godziną rozpaczy, lecz godziną powrotu do Domu Ojca... Jan Paweł II zwyciężył śmierć, ponieważ był człowiekiem, dla którego rzeczywistość pozaziemska i ziemska stanowiły całość, a odpowiedzią na wszystkie pytania był Krzyż Chrystusa...
Tak dobiegł końca pontyfikat głęboko zakorzeniony w miłości do Boga i człowieka. Tak zakończyło się ziemskie życie Papieża z Polski. Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca. Tam na pewno jest szczęśliwy, bo to On był jego celem, do którego zmierzał przez całe życie. Już dziś wiemy, że również stamtąd czyni wielkie rzeczy dla nas. Z pewnością uczyni jeszcze większe. Ponieważ także tam jest wierny swemu ludowi. Tak samo, jak był mu wierny za życia...
Sebastian Karczewski
|